Jan Christian Andersen. Brzydkie Kaczątko

 

– Ładny to on nie jest, wygląda właściwie jak jego własne brzydkie kaczątko,
tylko że jego umysł rozwinął się w łabędzia – powiedział o Andersenie dwunastoletni syn poetów Elżbiety i Roberta Browningów.

Pierwowzorem wielu głównych bohaterów był on sam. Dlatego nie traktował swoich bajek jako utworów skierowanych wyłącznie do dzieci:

Moje baśnie przeznaczone są zarówno dla starszych, jak i dla dzieci.
Te ostatnie rozumieją tylko zewnętrzny tok, a ludzie dojrzali
odczuwają ich głębszą treść.

W Danii kochają bajkopisarza za refleksję filozoficzną, czar baśni, poezję i humor.
Udało mu się spłatać nam figla, zaśmiać się z naszych słabostek, czasem złośliwie – twierdzi Bogusława Suchańska, tłumaczka pierwszego wydania „Baśni” tłumaczo-
nego bezpośrednio z języka duńskiego ( Baśnie i opowieści, t. 1-3, Wyd. Media Rodzina, Poznań 2006).

Andersen uważał alegoryczną baśń „Brzydkie kaczątko” za swoją najbardziej szczerą autobiografię. Łabędzie pisklę wykluwa się w kaczym gnieździe i ze względu na swój odmienny wygląd zostaje w okrutny sposób odrzucone. Potrącane, dziobane i kopane musiało znosić kpiny ze swojej zbyt dużej postury, pokracznego na tle kaczek wyglądu. Jako dziecko Andersen zwracał na siebie uwagę wysokim wzrostem, długim nosem, blisko osadzonymi oczami i dużymi stopami. Wspominał o tym w swoich pamiętnikach:

Byłem zawsze zamyślony, podobno jakiś dziwny, zupełnie inny
niż zwykli chłopcy,
a dzieci tego nie lubią. Byłem niezdarny
i nie chciano się ze mną bawić. – Ty Guliwer,
nóg nie pogub
– krzyczały łobuzy, a ja się czerwieniłem i nie wiedziałem
jak te nogi olbrzymie ukryć.

Mały łabędź ucieka i całą srogą zimę tuła się po różnych nieprzyjaznych miejscach, nigdzie nie będąc szczęśliwym. Wreszcie, z nastaniem wiosny prosi napotkane
trzy inne królewskie ptaki, by go zadziobały, jako iż życie zdało się brzydkiemu kaczątku niemożliwym już do zniesienia. Koniec końców, ku wielkiemu zaskoczeniu młodego bohatera, los wynagradza mu wszelkie dotychczasowe cierpienia. To jedna z najbardziej uniwersalnych opowieści duńskiego Króla Baśni, z pewnością warta czytania z dziećmi,
i to nie tylko tymi, które z jakiś przyczyn czują się niedowartościowane. To jest zdaje
się też dramatyczna historia o tolerancji, a raczej jej braku; ponieważ jednoznacznie dobrze się kończy, dzieci mogą bez lęku w pełni w niej uczestniczyć. Godzi się wrócić
do tej baśni.

A możliwości obcowania z tym mądrym tekstem, któremu towarzyszą ilustracje
na równie wysokim poziomie mamy co najmniej kilka. Pozwoliłyśmy sobie zaproponować kilka z nich:

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
(opieramy się na wydaniu z 1986 r.)
Ilustracje: Janusz Grabiański

Grabiański00

Janusz Grabiański reprezentuje nurt czysto malarski w polskiej ilustracji. W toku poszukiwań twórczych ostatecznie wybrał drogę głębokiego koloru, operowania walorem i mocną rozedrganą plamą o ekspresyjnym zabarwieniu. Jego ilustracje – obrazy można śmiało porównać z językiem plastycznym Józefa Wilkonia, choć oby-
dwoje artyści wypracowali odrębny i charakterystyczny tylko dla siebie repertuar form.

Grabiańskiego, ilustratora z Krakowa i następnie Warszawy, kojarzy się przede wszystkim dzięki obrazom do „Elementarza” Mariana Falskiego, wersji opublikowanej
już po śmierci autora tekstu w 1974 roku. W „Brzydkim Kaczątku” Grabiański pokazuje
to, co najlepsze w jego warsztacie malarza – swobodę w nakładaniu plamy koloru, lekkość i subtelność formy, która jednocześnie ma barwę mocną i wyrazistą. Z pewną nonszalancją kreuje świat przyrody, realny, nie odbiegający od rzeczywistości, a jednak nie nudny czy trywialny. Trawy zdają się łagodnie kołysać na wietrze, ptasi puch kusi miękkością, całość stanowi obraz niezwykle sensualny.

„Brzydkie Kaczątko”, Jarosław Mikołajewski
na podstawie baśni Hansa Christiana Andersena
Wydawnictwo Agora , seria Kolekcja Dziecka, 2005
Ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska

W 2005 r. wydawnictwo Agora wydało na świat kolekcję 20 książek o kwadratowym formacie i twardej oprawie. „Kolekcja dziecka”, bo o niej mowa to zbiór klasycznych tytułów, wśród nich  m.in..: „Czerwony Kapturek”, „Kot w butach”, „Calineczka”,
„O rybaku i złotej rybce”, „Lampa Aladyna”, „Kopciuszek”, „Tomcio Paluch”, „Śpiąca królewna”, „Jaś i Małgosia” czy „Królewna Śnieżka”.  Teksty to współczesne literackie wersje oparte na słynnych baśniach, towarzyszą im ilustracje takich artystów jak Pa-
weł Pawlak, Agnieszka Żelewska czy Elżbieta Wasiuczyńska. Publikacja „Kolekcji dziecka” przypadła na czas, o którym mówi się, że to właśnie wtedy nastąpił znaczący zwrot
w sytuacji polskiej ilustracji dla najmłodszych. Oto po latach zamętu, drukowania wielonakładowych serii disneyowsko- banalnie-fatalnych, przyszedł moment skon-
centrowania uwagi na rodzimym zapleczu. W tym czasie powstają wydawnictwa Wytwórnia, Dwie Siostry, Zakamarki czy Czerwony Konik, które już wkrótce zapropo-
nują polskiemu czytelnikowi szerokie spektrum książek o wyjątkowej szacie graficznej.
To między innymi dzięki nim mamy w księgarniach wybitne książki ilustrowane przez artystów polskich i zagranicznych,  takie, których obecność celebrujemy w Domu Bajek.

Elżbieta Wasiuczyńska jest autorką obrazów m.in. do „Brzydkiego kaczątka”. Słowo
obraz zostało użyte celowo, bowiem krakowska artystka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych na wydziale malarstwa i w pracowni książki i typografii, nie rysuje, a przede wszystkim maluje swoje ilustracje. Choć w jej repertuarze znajdują się również kolaże tkaninowe oraz papierowe tworzone z niezwykłym wyczuciem barwy i materiału.

Wasiuczyńska01

Wasiuczyńska operuje przede wszystkim nasyconą, kładziono miękko, czasem prze-
nikającą się plamą koloru. Jej ilustracje wibrują, nawet, gdy wykorzystuje kolor deli-
katny, pastelowy czy rozjaśniony. Artystka sięga po formę realistyczną, która znajduje
się na granicy abstrakcji. Rytm, tętno, muzyka – te słowa przychodzą na myśl, gdy patrzymy
na jej obrazy. Stylistycznie jej prace można umieścić w ciągu poszukiwań malarskich Wilkonia czy Grabiańskiego, przynajmniej ze względu na wybór narzędzi, którymi
się posługuje, choć twórczyni wizerunku Pana Kuleczki wypracowała swój własny, charakterystyczny język plastyczny, a w niuansach barwnych trudno znaleźć kogoś,
kto mógłby jej dorównać.

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej
Wydawnictwo Media Rodzina, 2008
Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch

Przełom 2008 i 2009 roku to moment pojawienia się następnego rarytasu wydawni-
czego – tym razem Media Rodzina publikuje serię „Mistrzowie Klasyki Dziecięcej”, cykl
o niezwykłej urodzie (warto zaznaczyć, że książkom towarzyszą płyty z audiobookiem, podobnie rozwiązana była wspomniana już „Kolekcja dziecka”). Tym razem na warsztat wzięto 9 tytułów autorstwa Andersena i braci Grimm, które zilustrowali Aleksandra Kucharska-Cybuch, Elżbieta Wasiuczyńska, Ewa Kozyra-Pawlak, Agnieszka Żelewska
i Paweł Pawlak. Warstwę literacką skrócono, dzięki czemu część z książek świetnie nadaje się do głośnego czytania i pracy z grupami przedszkolnymi.

Aleksandra Kucharska-Cybuch, absolwentka Wydziału Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zajmuje się rysunkiem, grafiką, ilustracją dla dzieci i dorosłych oraz scenografią teatralną i właśnie doświadczenie pracy z materią grafiki i  teatru jest mocno zauważalne w jej twórczości. Artystka jest autorką ilustracji m.in. do „Brzydkiego Kaczątka” z opisywanej serii. W charakterystyczny dla siebie sposób oddała niepogodny klimat tej baśni. Bohaterów nie upiększa, a raczej nadaje im nieco surrealistyczno-złośliwą aparycję, podkreślając nadaną im przez Andersena osobowość. W ciasno wypełnionych ilustracjach wnętrz Kucharska-Cybuch daje się poznać jako scenografka – jej ilustracje są drobiazgowo konstruowane, z wielką dbałością o zauważalne detale jak sęki w  drewnie czy ostro zarysowane krople wody. Patrząc na jej obrazy można zanurzyć się w specyficznie zatłoczoną przestrzeń, która ciasno oplata bohaterów.

Krakowska ilustratorka sięga także po wizerunki krajobrazu – jej pejzaże są stono-
wane, ujednolicone kolorystycznie, z charakterystycznym szrafowaniem. To zwrócenie
się ku kresce łączy wszystkie ilustracje, które wyszły spod pióra artystki, a ich nastrój doskonale odzwierciedla atmosferę opowiadania. Jej prace zdecydowanie różnią
się od pogodnych, barwnych obrazów Wasiuczyńskiej, wprowadzają raczej klimat złowieszczy. Decyzję, które z nich lepiej oddają sens przekazu literackiego zostawiamy czytelnikowi.

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Fundacja Festina Lente, 2013
Ilustracje: Diana Karpowicz

Karpowicz01

Diana Karpowicz to ilustratorka młodego pokolenia, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, dotychczas zauważalna dzięki publikacjom dla wydawnictwa Egmont i Literatura. W jej wydaniu „Brzydkie Kaczątko” zyskuje formę nowoczesną
i nieco filuterną. Ilustracje Karpowicz są przestrzenne, niemal zawieszone w powietrzu, złożone w różnorodnych plam i mocnych konturów – od subtelnie cieniowanych,
przez transparentne, po linearne konstrukcje kształtów. Ta różnorodność sprawia,
że obraz się mieni, jest ciekawy, nowatorski i zdecydowanie bardziej pogodny niż interpretacja Kucharskiej-Cybuch, choć niesie w sobie inną energię niż obrazy Wasiuczyńskiej czy Grabiańskiego. Karpowicz eksperymentuje z formą i szuka najlepszych zestawień. Czasem bohaterowie baśni ukazani są na czystej bieli, która podkreśla przejrzystość i niedopowiedzenie kształtu. Innym razem zapełnia tło po części abstrakcyjną kompozycją skupiając wzrok widza na postaci białego kaczątka –
już za chwilę łabędzia.

Te na poły nierealistyczne kompozycje, rysowane z wdziękiem i lekkością wpisują
się w pewien rys charakterystyczny dla polskiej młodej ilustracji, coraz mocniej docenianej w kraju i zagranicą.

Tekst ten nie wyczerpuje oczywiście wszelkich Kaczątkowych wydań godnych uwagi.
Jest bowiem jeszcze chociażby piękna publikacja Naszej Księgarni z ilustracjami Jerzego Srokowskiego (lata 60. XX w.). Szukając zasobów internetowych znalazłyśmy także piękne grafiki Ewy Salamon z 1972 roku. W latach 50. XX wieku baśnie Andersena zilustrował
Jan Marcin Szancer, któremu na pewno poświęcimy niejeden akapit w kolejnych tekstach.

Tymczasem zachęcamy do poszukiwań we własnym zakresie i dzielenia się z nami Waszymi odkryciami. Bo Andersena z jednej strony dużo na półkach książkowych, jednak pozycje o wysokich walorach artystycznych nadal w mniejszości, a warto
o nie walczyć.

Basia i Maria

Źródła:

http://www.edukacja.podlasie.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=175
http://www.marhan.pl/biblioteka/51-ludzie/2839- ludzie-krol- danii-hans- christian-andersen
http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/990288,Hans-Christian- Andersen-%E2%80%93-krol-bajek
https://www.galeriagrafikiiplakatu.pl/

oraz strony internetowe wydawnictw.

W następnym artykule pochylimy się na „Calineczką”.

 

Reklamy
Jan Christian Andersen. Brzydkie Kaczątko

CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE!

Dziś chciałam się z Wami podzielić moimi wrażeniami z wizyty
w magicznym miejscu. Każdy Mól Książkowy – mały czy duży – musi koniecznie
odwiedzić Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa w Grębocinie koło Torunia.

Słyszeliście o nim? Nie? No właśnie!? A jest to przestrzeń, którą powinien odwiedzić KAŻDY. Nie trzeba być książkofilem, aby poczuć się tam jak w Raju.

Bardzo trudno słowami wyrazić zachwyt czy radość jakie odczuwam, gdy wspominam
to miejsce, dlatego przede wszystkim zachęcam Was, aby na własne oczy przekonać
się co kryje w sobie wnętrze XIII-wiecznego kościółka, w którym Muzeum
ma swoją siedzibę i korzystając z wiosennej pogody wybrać się tam na wycieczkę.

Pierwszy raz o Muzeum usłyszałam jeszcze na studiach na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym, ponieważ w pracy magisterskiej tworzyłam obiekty inspirowane strukturą kamienia. Ich budulcem był m.in. papier. Pomyślałam wtedy, że będzie to kolejne miejsce, gdzie pod czujnym okiem Opiekuna Ekspozycji obejrzę – speszona tym,
że swoją obecnością zakłócam odwieczną muzealną ciszę – umieszczone za uplacowaną szybą eksponaty. Jakże byłam daleka od prawdy! Gdy wreszcie dotarłam do siedziby Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa uwierzyłam, że jeśli kochasz to co robisz
to los się do ciebie uśmiechnie. I że zawsze warto mieć w marzenia, bo sama wiara
w nie zbliża nas do realizacji celu.

Muzeum usytuowane jest w uroczym kościółku pod wezwaniem
Św. Barbary, zbudowanym w XIII wieku przez Krzyżaków. Powstało w 2004 roku
i jest to miejsce tak niezwykłe, że podczas odwiedzin w Grębocinie zawsze boje
się, że to tylko piękny sen. Budynek, w którym mieści się Muzeum to zabytek klasy zerowej otoczony przepięknym parkiem, a w cieniu drzew znajdują się niesamowite maszyny papiernicze. We wnętrzu jeszcze więcej cudów! Można tam bowiem obejrzeć prywatną kolekcję zabytkowych eksponatów ze zbiorów Państwa Agaty
i Dariusza Sobucz. Nie jest to Muzeum gdzie pod grubą warstwą kurzu czeka
na nas rozczarowanie. Wręcz przeciwnie! Lekcje muzealne odbywają
się w wyjątkowej -interaktywnej – formie. Artyści* zdradzają odwiedzającym tajniki warsztatu papierniczego i drukarskiego w sposób tak fascynujący, że nawet najbardziej wybredny gość wyjdzie z kościółka na miękkich z wrażenia nogach!

Muzeum w Grębocinie stanowi – moim zdaniem – przysłowiową kropkę
nad i wśród atrakcji turystycznych regionu kujawsko-pomorskiego. Nie jest
ono reliktem przeszłości, ale miejscem, gdzie historia przenika się z teraźniejszością. Oczywiście trudno odmówić czaru gotyckiemu zamczysku w Golubiu Dobrzyniu
czy romańskiej rotundzie w Strzelnie, ale jeśli podróżujemy z dziećmi to Grębocin gwarantuje niezapomnianą przygodę. Warto podkreślać, że Muzeum powstało
z prawdziwej miłości i pasji twórczej dwojga niezwykłych ludzi.! Nie bali się oni marzyć
i na przekór zdrowemu rozsądkowi stworzyli wspólnie przestrzeń unikatową w skali
nie tylko naszego kraju, ale i całego Świata.

Dlaczego piszę o Muzeum w Grębocinie teraz?

Od 1 kwietnia gości u nich niezwykła wystawa „Ilustracje – Inspiracje” prezentująca olbrzymią kolekcję książek dla dzieci z lat 1950-1980
ze zbiorów prywatnych Beaty Pranke – Zdziebło. Pani Beata – na co dzień toruńska przewodniczka – podobnie jak ja – kocha pięknie ilustrowane książki dla dzieci.
Na wystawie zaprezentowane są oryginalne książki, baśnie i wiersze ilustrowane
przez znanych i cenionych polskich Mistrzów takich jak m.in.: Józef Wilkoń, Janusz Stanny, Teresa Wilbik, Mirosław Pokora, Jan Marcin Szancer, Janusz Grabiański
i wielu innych.

W Poznaniu z okazji Targów Książek dla Dzieci można było podziwiać wystawę
na MTP. Czekałam na nią pełna oczekiwań, a że jestem zachłanna na wszelkie wrażenia książkowe to pozostawiła we mnie uczucie nienasycenia. Wystawa w Grębocinie spełniła mnie i wypełniła radością dlatego namawiam Was z całego serca, aby odwiedzić
to niezwykłe miejsce!

Ania

http://www.muzeum.grebocin.pl/

Wystawa „Ilustracje – Inspiracje” czynna jest do końca kwietnia 2016.

Wszystkie informacje historyczne oraz zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Muzeum Piśmiennictwa i Drukarstwa (tutaj), a pełna dokumentacja fotograficzna z wystawy znajduje się na profilu facebookowym Domu Bajek.

* Pani Agata jest utalentowaną graficzką, a Pan Dariusz cierpliwym i rzetelnym konserwatorem zabytków.

CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE!

Dwujęzycznie – co na prezent?

Żyjemy w czasie, w którym geograficzne odległości stają się niemal niezauważalne,
a to, co kiedyś dzieliło ludzi tygodniami czy miesiącami podróży skróciło
się do kilkunastu godzin. Coraz więcej rodzin to małe mikrokosmosy, w których spotykają się różne kultury, różne języki i kraje pochodzenia. I coraz częściej
staję przed dylematem, co dać w prezencie Dzieciom moich Przyjaciół, którzy żyją
poza granicami Polski lub dzielą rodzinną przestrzeń życiową z obcokrajowcem.

Odpowiedzi na to wyzwanie są dwie – możemy zaufać magii ilustracji i zainwestować
w książki obrazkowe, których na szczęście coraz więcej i w coraz lepszym gatunku
na polskim rynku wydawniczym. Treść, którą przekażemy Małemu Czytelnikowi jest zależna wtedy od nas i naszej wyobraźni, może stać się polem wielu eksperymentów, także językowych. Obraz broni się sam, choć „czytanie” takich książek wymaga elastyczności i świeżości umysłu. I na pewno swoistej erudycji – by umiejętnie
rozwinąć to, co już nam zostało zaserwowane.

Drugim rozwiązaniem są książki dwujęzyczne (lub wielojęzyczne) i im właśnie
chciałabym poświęcić ten tekst. Nie jestem filologiem, więc trudno oceniać
mi wartość merytoryczną tłumaczeń, mnie cieszy przede wszystkim warstwa wizualna
i nietuzinkowość książek, które wybrałam do ilustracji tego tekstu. Od razu zaznaczam, że moja selekcja ma charakter czysto subiektywny i z pewnością niepełny, więc
z przyjemnością proszę o komentarze i podpowiedzi, jeśli przeoczyłam pozycję
wartą szczególnej uwagi.

Wśród książek, które nasunęły mi się jako ilustracje do tego tekstu są albo
wznowienia pozycji już znanych, które wpisały się w historię polskiej literatury
dziecięcej, a przetłumaczone mogą cieszyć nowe szersze grono Czytelników, albo projekty autorskie, napisane i zilustrowane przez tą samą osobę – idąc
tym tropem podzieliłam je na dwie grupy.

Grupa pierwsza to współczesne reedycje wartościowych książek.


„Lokomotywa. The Locomotive. Die Lokomotive”
, Julian Tuwim
Ilustracje: George Him i Jan Le Witt
Wydawnictwo Universitas i Instytut Książki, 2013
Tekst w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Klasyczny utwór jednego z największych okraszony ilustracjami duetu grafików George’a Him (Jerzego Himmelfarba) i Jana Le Witt (Lewitt). Obrazy powstały w latach 30. XX wieku i są przykładem grafiki wysokiej klasy, wznowione znów mogą cieszyć kolejne pokolenie miłośników rytmicznego wiersza. Tym razem polski tekst został uzupełniony
o tłumaczenie na język angielski i niemiecki, co razem stanowi potrójną jakość.
Na stronie wydawcy możemy przeczytać, że publikacja dedykowana jest pamięci Albrechta Lemppa (1953-2012), promotora literatury polskiej na świecie.

http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Lokomotywa__The_Locomotive__Die_Lokomotive_3215.html

Lokomotywa 02


„Kurczę blade! What a cheek!”
, Wanda Chotomska
„Smok ze Smoczej Jamy”, Wanda Chotomska
Ilustracje: Edward Lutczyn
Wydawnictwo Babaryba, 2010 i 2015
Tekst w języku polskim i angielskim.

Te dwie książki to prawdziwa gratka dla miłośników kreski Edwarda Lutczyna – możliwości współczesnego druku dały książki o mocnej, nasyconej barwie, opublikowane w formie kartonowej, co nie pozostaje bez znaczenia, jeśli marzymy
o tym, by książka przetrwała dłużej w nieobliczalnych rękach Małego Czytelnika.
Obie pozycje to pełne humoru zestawienie poezji Wandy Chotomskiej, której
zachwalać nie trzeba z komiksowymi i żartobliwymi ilustracjami Lutczyna o nieco karykaturalnym charakterze. Niejednemu łezka się w oku zakręci 🙂

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/KURCZE-BLADE-What-a-cheek-Wanda-Chotomska-Edward-Lutczyn/114

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/SMOK-ZE-SMOCZEJ-JAMY-Wanda-Chotomska-Edward-Lutczyn/116

 

 

I grupa druga – autorska, pełna niezwykle ciekawych i wartych uwagi publikacji.


„Kici kici, miau miau”
, tekst i ilustracje Józef Wilkoń
Wydawnictwo Hokus-Pokus, 2014 (wyd. II, poszerzone o tłumaczenie na język angielski)
Tekst w języku polskim i angielskim.

Józefa Wilkonia przedstawiać nie trzeba, rzadko który artysta ma tak szeroki dorobek twórczy, jak ten autor. W małej kołysance o niesfornym kotku zabawny jest i rymowany tekst (tłumaczce Antonii Lloyd-Jones należą się niskie ukłony!) i „wilkoniowate” zamaszyste ilustracje wymalowane z wdziękiem i lekkością tak charakterystyczną
dla Mistrza. Plamy barwne zlewają się ze sobą, by za chwilę tworzyć nowe formy
na pograniczu abstrakcji, a subtelnie i oszczędnie dobrany kolor pozwala stworzyć
nową jakość. To dobry wybór nie tylko dla miłośników kotów czy rymów.

http://www.hokus-pokus.pl/ksiazka/48/index.html

 

„Zimowe popołudnie”, tekst i ilustracje Mandana Sadat
Wydawnictwo Czerwony Konik, 2008
Tekst w języku polskim i angielskim.

Mam do tej książki duży sentyment, kupiłam ją na kilka lat przed tym, nim sama zostałam mamą i czekałam na moment, by móc ją czytać własnemu Dziecku. Historia prosta, ale pełna silnych emocji i wzruszeń – oczekiwanie na powrót najważniejszej osoby i ogromna radość z bycia razem, wszystko w zimowej aurze. To opowieść ilustracyjnie bardzo oszczędna, niemal abstrakcyjna, choć pojawiają się w niej wyjątkowe momenty – malowane paluszkiem na zamarzniętej szybie ornamenty
czy subtelne przechodzenie zimowego dnia w rozgwieżdżoną mroźną noc. Miasto,
w którym dzieje się ta historia urzeka malarskością i rytmem subtelnych barw oddających poezję prostej, acz pięknej historii. Czytałam ją Dzieciom w różnym wieku, począwszy od Maluszków po Przedszkolaki i każdy znalazł w niej cząstkę dla siebie.

http://www.czerwonykonik.pl/s/ksiazka/3

 

 

„Harold i fioletowa kredka”, tekst i ilustracje Crockett Johnson
Wydawnictwo Media Rodzina, 2010
Tekst w języku polskim i angielskim.

Oszczędna, a jednocześnie bardzo działająca na wyobraźnię historia tytułowego chłopca Harolda wyrysowana jest za pomocą fioletowej kredki, której kreska jest pretekstem
do budowania akcji książki. Harold, niczym mały Piotruś w dobrze nam znanym filmie animowanym „Zaczarowany ołówek”, strona po stronie kreśli ciąg wydarzeń
z pogranicza jawy i snu. Tym razem warstwa ilustracyjna (mająca w sobie dużo uroku nie tak młodego już obrazu, książka powstała bowiem w 1955 roku) jest ograniczona naprawdę do minimum, aczkolwiek doskonale współgra z narracją opowieści. I z jednej strony podpowiada nam rozwiązanie tej historii, a z drugiej pokazuje, jaką moc
ma sztuka, a dokładniej nasza dłoń, w której trzymamy kredkę. Proste, prawda?
I takie oczywiste dla Małego Człowieka, a jakże nieoczywiste dla Dorosłego…

https://mediarodzina.pl/prod/147/Harold-i-fioletowa-kredka

 

„Kto prowadzi”, tekst i ilustracje: Leo Timmers
Wydawnictwo Babaryba, 2014
Tekst w języku polskim i angielskim.

Warszawskie wydawnictwo Babaryba ma w swoim repertuarze niejedną książkę dwujęzyczną, poza opisanymi wyżej publikacjami duetu Chotomska – Lutczyn proponują nam także „Kto prowadzi” belgijskiego twórcy dla Dzieci, Leo Timmersa. Narracja książki opiera się na pytaniach i typowaniu, który z przedstawionych bohaterów jest kierowcą danego pojazdu. Interesujący jest nie tylko w gruncie rzeczy prosty zabieg, którego atutem jest budowanie napięcia i zaangażowanie czytelnika, ale także efekty dźwiękowe, zabawa słowami oraz obrazy narysowane realistycznie i humorystycznie zarazem. Dzięki tekstowi w języku angielskim będzie to pretekst do zabawy na dłużej.

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/KTO-PROWADZI-Whos-driving-Leo-Timmers/101

 

Postanowiłam przywołać w tekście także publikację dwujęzyczną innego rodzaju –
to raczej książka – zabawka stymulująca do nauki języka obcego.


„Moja pierwsza książka o słowach”
, tekst i ilustracje Eric Carle
Wydawnictwo Tatarak, 2011
Tekst w języku polskim i angielskim.

Eric Carle to także niemal człowiek – instytucja. Zasłynął przede wszystkim jako autor bestsellera wśród książek dla Dzieci – „Bardzo głodnej gąsienicy”. Jak ważna to pozycja świadczy między innymi ikona Google, która w 40. rocznicę publikacji książki została tymczasowo zaprojektowana na jej wzór. W Polsce książki Erica Carle publikuje wydawnictwo Tatarak. Wśród dostępnych tytułów znajdują się i książki „angażujące”,
w tym właśnie „Moja pierwsza książka o słowach”. Wydrukowana na mocnym kartonie podzielona jest nie tylko na strony na sposób klasyczny, każda strona
składa się jeszcze z dwóch części. Zadaniem Czytelnika jest dopasowanie słów w języku polskim i angielskim do odpowiedniej ilustracji. Zabawa z książką staje się pretekstem do nauki języka obcego miłą i prostą metodą, niemalże mimochodem. Jednak nie tylko konstrukcja książki jest jej atutem – trudno pozostać obojętnym wobec ilustracji Erica Carle, który w doskonały sposób opanował energię pulsujących barw i zamaszystość nakładania farby. Obrazy, które kreuje są z jednej strony proste, syntetyczne, nawet zbliżające się do abstrakcji, nie jest to jednak geometryczny minimalizm, a ekspresyjna
i bogata fakturowo forma.

http://tatarak.com/en/ksiazki-od-1/5-moja-pierwsza-ksiazka-o-slowach-9788393256112.html

Carle Gąsienica
Źródło ilustracji: en.wikipedia.org 

 

Można sobie zadać pytanie, czy potrzebujemy takich publikacji, czy nie ma ich zbyt
mało. I czy rzeczywiście spełniają swoją rolę – książki, która nie tylko cieszy i bawi,
ale także edukuje. Osobiście mam wśród Przyjaciół osoby będące w związkach
różnych narodowości i to im dedykuję ten tekst z dużą chęcią obdarzając
tymi właśnie książkami. I nadal wypatruję kolejnych publikacji.

Basia

 

Dwujęzycznie – co na prezent?