ZIMOWO DOMBAJKOWO – cz. 4

Były książki o zimie i z zadaniami na zimowy czas. Przed nami Mikołajki, a potem prosta droga ku Świętom Bożego Narodzenia, zatem nie może tutaj zabraknąć motywów związanymi z celebrowaniem tego najbardziej magicznego i rodzinnego czasu. Tytułów jest sporo, te, które wybrałyśmy są nie tylko pachnące przyprawami korzennymi i rozświetlające od blasku świec, dają przede wszystkim otuchę. By mieć szczere otwarte serce, a wtedy wydarzyć się może Cud.

gc485ska-zuzia-i-pierwsza-gwiazdka.jpg

Petr Horacek
Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka
wyd. Babaryba

Opublikowana kilka lat temu niezwykle malarskiej urody książka obrazkowa z niewielką ilością tekstu (za to równolegle w języku polskim i angielskim), to dobry początek na czytanki przedgwiazdkowe. Historia bohaterskiej Gąski Zuzi rozpoczyna i kończy się wśród jej przyjaciół z zagrody – innych gęsi, krowy, świnki i osiołka. W chwili, gdy choinka w pełnej krasie staje nieopodal ich „mieszkania” wszyscy zauważają brak ozdoby na czubku świątecznego drzewka, a ponieważ na niebie wysoko goreje migocząca gwiazda Zuzia podejmuje decyzję o samotnej wędrówce i próbie ściągnięcia jej z nieba prosto na zieloną gałązkę.

Opowieść ma w sobie coś z dawnych poematów rycerskich, niezłomna Zuzia pokonuje kolejne przeszkody i nie zraża się porażką. Do momentu, gdy wśród szalejącej zamieci gubi drogę i dotkliwie zaczyna odczuwać swoją samotność. Nie na długo, bowiem z daleka nawołują ją zatroskani przyjaciele, dzięki którym odnajdzie drogę do domu. A gwiazda? Cóż, ona także ma do odegrania rolę w tej historii.

Czupieńki. GwiazdkaGerard Moncomble, Paweł Pawlak
Czupieńki. Gwiazdka
wyd. Media Rodzina

Są takie książki, do których wraca się po wielokroć, niezależnie od wieku dzieci. Takie, przy których wilgotnieją oczy, bo magia zawarta w prostej opowieści porusza najdelikatniejsze struny, tak zresztą wrażliwe o tej porze roku.

Czupieńkom – małym krasnalom (skrzatom?) w spiczastych kapeluszach dobrze się żyje w otulonym śniegiem lesie. Zgromadziły zapasy pokrzepidełka na zimę, przy piecyku leży solidna sterta drewna, przy łóżku kojąca lektura. W tą wymarzoną zimową scenerię wkracza nowy bohater, maleńka gwiazdka, która spadła z nieba. Z minuty na minutę traci siły i blask, a zatroskane Czupieńki załamują ręce, gdy wymyślane przez nich sposoby nie pomagają. Właśnie w tedy lekarstwo znajduje najmniejszy z nich, Tycipieniek, który jak się okazało ma największe serce i ramiona idealne do wtulania się.

Także i w tej historii, fantastycznie zilustrowanej przez Pawła Pawlaka, gwiazda nie jest li i jedynie ozdobą nieba. Finał jest bardzo wzruszający. I nieco wywrotowy. Cóż bowiem by nam pozostało, gdyby nie gorące serce Tycipieńka?

Zima Toli okładka

Anna Włodarkiewicz, Aleksandra Krzanowska
Zima Toli
wyd. Zielona Sowa

„Zima Toli” to czwarty tom opowiadań Anny Włodarkiewicz, wcześniej wydawnictwo Zielona Sowa opublikowało już trzy części poświęcone pozostałym porom roku. Dzięki temu wraz z małą, rezolutną kilkuletnią Tolą, bohaterką nieco inną od Basi, bardziej obserwującą i poetycką, możemy być świadkami spektaklu, który serwują nam kolejne etapu ewolucji przyrody.

W tomie zimowym nie braknie, a jakże, wątków Bożonarodzeniowych – rodzina, niedawno powiększona o maleńkiego chłopca – kuzyna Mikołaja, syna cioci Zochy i wujka Ziemka, spotyka się przy wigilijnym stole. W cieple domowej atmosfery Tola odkrywa, że przyjemniejsze od otrzymywania prezentów jest obserwowanie radości, jaką wywołują u najbliższych. Pozostałe opowiadania koncentrują się na szerokim spektrum doświadczeń, które przynosi zima – oto mama, najdzielniejsza z dzielnych, zostaje uziemiona w łóżku przez grypę. Oczekiwanie na wspólne wyjście na łyżwy zdaje się nie mieć końca, za to dbanie o osobę, która zazwyczaj dba o innych daje poczucie odpowiedzialności. W finale wątek nadchodzącej wiosny, zrzucania grubych kurtek i wdychanie orzeźwiającego powietrza.

Opowiadania zilustrowała Aleksandra Krzanowska, wybierając ciepły blask stonowanych kolorów oraz delikatny rysunek, tak się przyjemniej robi na sercu po lekturze tej książki.

Boże Narodzenie w Bullerbyn okładka

Astrid Lindgren, Ilon Wikland
Boże Narodzenie w Bullerbyn
Z tomu „Dzieci z Bullerbyn” lub „Bullerbyn. Trzy opowiadania”
Wyd. Zakamarki

Prostolinijne i szczere opowiadanie Lisy o zwyczajach panujących w najsłynniejszej z maleńkich osad, bo składającej się tylko z trzech zagród – Północnej, Środkowej i Południowej. Trzy skromne wigilie, lecz wspólne do nich przygotowania przynoszą dzieciom tyle szczęścia, ile same święta. Bullerbyn to jakby jedna wielka rodzina, w której malutka Kerstin, siostra Ollego cieszy się względami siostrzyczki wszystkich małych mieszkańców, a prawie nic nie widzący dziadziuś Britty i Anny zyskuje więcej
oddanych wnuków.

Okazuje się, że dla dzieci każdy szczegół jest ważny, „mama może nie zdążyć ze wszystkim. A wtedy to nie będzie prawdziwe Boże Narodzenie” – z takim niepokojem w wieczór przed wigilią kładzie się spać Lisa. Wystarczy jednak, że gdy się przebudzi, zobaczy widok zapalonego kominka i jaśniejącej choinki – i wszystko okazuje się być „takie cudowne”. Historia z Bullerbyn przypomina, że równie ważne co radosne podniecenie przed odkryciem niespodzianek-prezentów są dla dzieci, a zapewne i wielu dorosłych, stałe, przekształcające się w tradycje rodzinne, obyczaje i rekwizyty świąteczne. Odwiedziny sąsiadów z drobnymi prezentami, życzeniami i ciekawością, jak też u nich odmalowują się święta. Ceremoniały z ustalonym porządkiem – przy kaszy należy powiedzieć cos do rymu, w dużym pokoju wysłuchać opowieści o malutkim Jezusku, zaśpiewać „Cichą noc”, tańczyć wokół choinki. Po przeczytaniu tej historii, jak zresztą każdego rozdziału o Bullerbyn, chce się wytyczyć własną osadę, choćby na jedno Boże Narodzenie.

wigilia-mamy-mu-i-pana-wrony.jpg

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist
Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony
Wyd. Zakamarki

Pan Wrona, bohater cyklu, którego gwiazdą jest krowa Mama Mu, przed świętami przypomina może nie dikensowskiego Ebenezera Scrooge’a, ale jest mu swym sceptycyzmem wobec magii świąt bardzo bliski. Gdy jego przyjaciółka (choć nie jest to
przyjaźń ani łatwa, ani oczywista) dzień przed wigilią w swej ciepłej oborze podskakuje, by następnego dnia gospodarz dostał miast mleka śmietankę, specjalista od pióropleksji wpada w panikę, że nie zdąży przygotować sam dla siebie prezentu („inaczej nic nigdy bym nie dostał!”).

Jest to przedziwna gra pozorów: nie dość, że rezygnuje z efektu niespodzianki, którą w naszym kraju potęguje się jeszcze pozaludzkim działaniem Mikołaja, to pakuje sam w różne papierzyska rzeczy zupełnie nieparadne, jak znaleziony w swojskim bałaganie jeden klocek lego czy kawałek kiełbaski… Siła obdarowywania okazuje się wszakże tak potężna, że nadawca i odbiorca w jednym wstaje w nocy, by gorączkowo rozpakować wszystkie „prezenty”.

Gdy rano przybywa do cieszącej się choinką Mamy Mu, smutny stwierdza, że dla niego – jest już po świętach. Rzecz jasna, historia skończy się zupełnie inaczej, i dzięki Mu ptak przeżyje prawdziwie wigilijne chwile, takie, które pamięta się jako pełne ciepła, światła i niedowierzania. Prezent od krowy będzie spektakularny, a jednak nie bardzo wymierny. Doczeka się dobrego gestu, doczeka się też wrażenia tego, co trudno opisać – harmonii, poczucia bezpieczeństwa, bliskiej więzi. Wszystkiego Dobrego!

goc59bcie-na-boc5bcc499-narodzenie.jpg

Sven Nordqvist
Goście na Boże Narodzenie
Wyd. Media Rodzina

Jedna z najpiękniejszych współczesnych opowieści o przygotowaniach do Bożego Narodzenia oraz samej Wigilii. Żeby było pięknie, nie zawsze musi być łatwo, a że jest to część serii o dziejach przyjaźni szwedzkiego staruszka Pettsona i jego kota, mówiącego, nicponiowatego Findusa, fabuła będzie i do śmiechu, i do łez wzruszenia i radości. Mróz wreszcie zelżał, i można ruszyć z zagrody – czas najwyższy! – po świąteczne zakupy. Odśnieżyć przejście, wybrać do lasu po upatrzoną choinkę. Niestety, sanki trafiają na ukryty pod białą pierzyną głaz, i gderliwa natura Pettsona może ukazać się nam w pełnej swej krasie. Findus reprezentuje tu wszelkie niecierpliwe, oczekujące z wielka nadzieją na świąteczne cuda, dzieci, jego pan zaś – pełną gamę przywar przypisywanych starości.

Zrozpaczony kot nie potrafi pogodzić się z tym, że z powodu kontuzji ŻADNYCH świąt nie będzie (czyli – ich widocznych znaków: choinki, ozdób, pierników ani marynowanego suszonego dorsza). Na święta są wszakże święcie-magiczne sposoby, i nie ma mowy o żadnej beznadziei: choinkę można zrobić i z kijka, ozdoby z kolorowych drobiazgów (np. z termometra, łyżeczki do herbaty czy lampki do roweru). Nic więcej mieć nie trzeba – prócz życzliwych sąsiadów, którzy nieproszeni odwiedzają kontuzjowanego, zmarzniętego i głodnego Pettsona z obrażonym i smutnym kotem, przynosząc najrozmaitsze specjały z własnych świątecznych domów.

Takiego odświętnego stołu Findus nie widział jeszcze nigdy; wcale nie zawsze święta muszą zapowiadać się magicznie by cudem się okazały. Do tego – jedyne w swoim rodzaju ilustracje, niosące wszystko co w tej historii najlepsze.

Frida Nilsson
Prezent dla Cebulki
Wyd. Zakamarki

W tym roku pojawił się już drugi nakład niezwyczajnej opowieści o zwyczajnym chłopcu i jego marzeniach; zerknijcie w inne internety, ileż jest czułych wpisów o Cebulce! Cebulka nie jest dziewczynką (podobnie jak nieznośny Rybka z opowiadania
Małgorzaty Musierowicz). Ma zapracowaną mamę, która dość kiepsko zarabia pisząc artykuły, marzenie o rowerze, takim jak mają choćby inni koledzy z klasy (uwaga: w sposób jawny za prezent pod choinkę w tej historii odpowiada mama), oraz jeszcze
większe, największe, najdawniejsze – marzenie o tacie. Tata Stiga, zwanego Cebulką, nie zginął, uwaga, mama chłopca poznała go w Sztokholmie na koncercie, i potem już nie miała ochoty go szukać. Mama pamięta tylko, że miał na imię Joppe i mieszkał na
jakiejś długiej ulicy.

Prezent dla Cebulki nie jest żadną miarą opowieścią z pogranicza publicystyki, skąd. Jednak swą siłę zawdzięcza z pewnością przenikliwości wielokrotnie nagradzanej za swoje książki szwedzkiej autorki (ur. 1979 r.) w ukazywaniu źródeł, procesów narastania i uśmierzania takich uczuć jak wstyd, samotność, tęsknota, zazdrość, rozpacz i bezradność.

Historia, jak na prawdziwą sztukę przystało, nie zdradza swoich kart również przed rodzicami, kończy się może nie tak idealnie jak w Sztuczkach, filmie Andrzeja Jakimowskiego, ale równie, moim zdaniem, mocno i wyzwalająco. Tekst idzie w parze ze świetnymi ilustracjami, a kto ma cierpliwość, może go dawkować rozdziałami zgodnie z kalendarzem adwentu – od pierwszego grudnia aż do Świąt. Ale nie znam nikogo, komu by się udało.

Basia i Maria

Reklamy
ZIMOWO DOMBAJKOWO – cz. 4

Pokoje po drugiej stronie lustra

 

Pokoje po drugiej stronie lustra

8 maja przypada Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a o nich w “Basi i bibliotece” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak.

Takie wydają mi się własnie biblioteki. Czasami wejścia do innych czasoprzestrzeni
są dobrze ukryte, niczym furtka prowadząca do tajemniczego ogrodu w opowieści Frances Hodgson Barnett. Pamiętam oschłe szeregi grzbietów książek owiniętych
w szary papier albo powyciąganą przezroczystą folię; oryginalne literki tytułów ukrywały się pod brudnymi plastrami z jakimiś hieroglifami sygnatur. Czułam, że dostęp do dzieł płynących z wyobraźni wielu ludzi utrudnia mi coś w rodzaju glinianej skorupy, nawet
w swej istocie proste i pocieszne historyjki zyskiwały pozory wyniosłości, czegoś,
co odtrąca moją powodowaną dziecinnym wszędobylstwem, sięgającą w kierunku
półki rękę. Wtedy wszystko zależało od królowej Krainy Opowieści – Pani Bibliotekarki.

 

OOMama Mu
„Mama Mu czyta”, Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Wydawnictwo Zakamarki 2012

Moja ukochana Pani Bibliotekarka panowała nad zbiorem tzw. biblioteki dolnej
w podstawówce nr 73 na poznańskim Sołaczu. W rzeczy samej zachodziło tam niewielu uczniów, bo to w tzw. bibliotece górnej znajdowały się wszystkie, odziane
w doprawdy wyniosłe i nierozmowne szare papiery, szkolne lektury. Wąskimi scho-
dami na najwyższą kondygnację wspinałam się lękliwym truchcikiem tylko wtedy, gdy
u “mojej” Pani Biblioteki Dolnej jakiejś obowiązkowej lektury brakowało. Nie pamiętam, by “na górze” było coś innego od owych pokrzywdzonych burymi okładkami książek; zmuszanie ich do przebywania tylko w swoim towarzystwie zdawało mi się jakoś bezlitosne.

Wybaczcie, że ciągnę wątek osobisty, wszakże czuję wewnętrzną potrzebę utrwalenia postaci Pani Bibliotekarki z jednej z mrowia poznańskich “tysiąclatek”.
Do jej siedziby szło się naprawdę ponurymi korytarzami, pamiętam, że w pewnej
ich części nikomu nawet nie chciało się zmienić zepsutej żarówki, obok wejścia
do biblioteki znajdowały się drzwi jakiegoś schronu (poważnie), i można tam było wejść tylko trzy razy w tygodniu. W ośmioletniej podstawówce miałam sporo koleżanek
i kolegów, a nawet przyjaciółek, wszelako samotne spacery przez mroczne labirynty stanowiły dla mnie interesującą, i wiadomo, nieco snobistyczną, odmianę od rutyny szkolnych pauz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
„Ignatek szuka przyjaciela”, Paweł Pawlak, Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” 2015

 

O, nie była ona, Pani Bibliotekarka, wylewna. Przeciwnie, owa pani w wieku nieokreś-
lonym, o maskującym wyglądzie nietypowej intelektualistki raczej milczała, w ciszy wskazywała mi tylko odpowiednie dla mnie jej zdaniem grzbiety i okładki. Bez żadnego świergolenia o treści, często z dalekim od zachwytu westchnieniem ileż to można łykać książek na tydzień. A jednak znała mnie dobrze, i czasem uśmiechała
się pod nosem.

Innych bibliotek nie pamiętam, może poza tymi, które z rodzicami odwiedzałam podczas wakacyjnych pobytów w nadmorskich i górskich kurortach. Ile bowiem książek można było wpakować w mały samochód? Wiadomo, że pogoda często sprzyjała pobytom w dość obskurnych ośrodkach. Tato zasilał lektury swojej nieco neurotycznej córki stosami historii zbieranymi w bibliotekach szpitali, w których pracował, miałam wrażenie, że prócz wszelkich wariacji na temat przygód polarników, Indian i eksplorerów dżungli i mórz, troskliwe panie bibliotekarki zdołały przemycić spora ilość pozycji dla dorastających panien. Ach, jak bardzo osładzały mi one zwyczajowo dwutygodniowe choroby obłożne.

00Basia0
„Basia i biblioteka”, Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Wydawnictwo Egmont 2016

I ostatni wtręt prywaciarski: otóż moja Babcia, pozbawiona wszystkiego podczas wojny panna z dworku, gdy już została sama z siostrą i dziećmi, skorzystała ze swojej zdobytej na pensji ogólnej ogłady i wykształcenia zatrudniając się w bibliotece właśnie.
Z nieudawaną przyjemnością czytała mi różne historie; później, gdy nie potrzebowałam już pośrednika, przyjęła zwyczaj czytania moich lektur jako druga. Żeby wiedzieć, kim
się staję. Ponieważ, jak pod koniec życia wyznał francuski filozof Paul Recour każda kolejna książka, którą czyta, zmienia jego obraz świata; wydaje mi się to prawdą
z gatunku głębokich.

Kim jest Basia?

Jest pierwszorzędną dziewczynką, która chodzi do przedszkola; jest też tytułową bohaterką niemal 30-stu książeczek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Przedszkole
z opowiadań jest “prawdziwe”, tak jak “prawdziwa” jest rodzina Basi. Znaczy to, że daleko im do bohaterów fantastycznych przygód z baśniowymi wątkami, i choć zakończenia
nie są dramatyczne, życie bohaterów to nie jest pasmem wymyślnych perypetii. Sytuacje i postacie przedstawione są realistyczne – dzieci z reguły nie są niegrzeczne,
a dorośli grzeczni.

00Basia00.jpg

Oto komentarz autorki serii:

Ważne jest, żeby wiedziały (dzieci – M.K.), że nie ma nic złego w odczuwaniu trudnych emocji, ale że z takimi emocjami jakoś trzeba sobie poradzić – i to bez krzywdzenia innych ludzi. Kłótnia nie jest tu najlepszym rozwiązaniem. Kiedy się jednak zdarzy, też można z niej jakoś wybrnąć. To naszą postawą wobec konfliktów, a nie udawaniem, że ich nie ma, możemy pomóc dzieciom w „oswajaniu” trudnych spraw.*

Proszę sobie też wyobrazić, że w “Basiach” podejmuje się na serio dość rzadko poruszane w rozmowach z dziećmi tematy pieniędzy czy szpitali – zawsze dotykając istoty problemu, i za każdym razem równocześnie z niespotykaną lekkością pióra i poczuciem humoru.

00Basia1

Autorka ilustracji uznała za ważne, by postać Basi nie była przestylizowana, żeby dla dzieci była swojska i czytelna, mocno osadzona w realistycznym “tu i teraz”. Basia ma wystający brzuszek i niezbyt dbale założone rajstopki, dłubie w czymś palcem,
a kiedy rysuje nie zawsze chce jej “pracować wyobraźnia”. Tak naprawdę, trochę
kojarzy mi się z Pulpecją Małgorzaty Musierowicz, w której sadze o rodzinie Borejków bohaterzy są równie barwni, choć z tego świata.

Seria historii o małej Basi to prawdziwie użyteczna, również dla zmysłu estetycznego, lektura. W przededniu święta Bibliotekarza i Bibliotek będziemy świętować wizytę Basi razem z jej przedszkolnym towarzystwem w Bibliotece.
Kogo tam spotka? Co zmaluje? I co po wyjściu przyjdzie jej do głowy?

Zapraszamy, odwiedźcie nas w Domu Bajek przy Lodowej 6, w niedzielę 7-ego maja.

Będziemy na Was czekać.

Maria

* https://www.superkid.pl/basia-wywiad

00Basia.jpg

 

 

 

„Basia i biblioteka”, Zofia Stanecka
ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo Egmont

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawnictw i z zasobów własnych.

 

 

 

Pokoje po drugiej stronie lustra