Zimowo DomBajkowo – cz. 1

Na najbliższą niedzielę w Poznaniu zapowiadają śnieg. Cóż, połowa listopada to naj-
wyższy czas, by symbolicznie zakończyć jesień – podobnie jak bywało dawniej, wszak
na wsiach czas pracy na polu, orania, siania kończył się dokładnie wraz z celebracją Świętego Marcina. Czas rodzinny przenosił się wtedy do wnętrza chaty, gdzie wspólnie darto pierze, śpiewano, opowiadano bajeczne historie…

Nic nie jest bardziej przyjemne niż czytanie zimą zimowych książek, zwłaszcza, jeśli za oknem brakuje białego puchu, a my mamy nań wielką ochotę. Oto rozpoczynamy zatem cykl artykułów zachęcających Was do sięgania po zimowe książki, których – na szczęście! – jest wiele, a wybór nie aż tak łatwy. Zgodnie z DomBajkową zasadą wybrałyśmy te tytu-
ły, które uważamy za szczególnie cenne, zarówno w treści, jak i obrazie.

20181110_194641_LLS.jpg

Lauren Child
Charlie i Lola. Najbardziej na całym świecie lubię śnieg
Wyd. Media Rodzina

Zimowa odsłona przygód poczciwego Charliego i jego zabawnej młodszej siostry Loli. Charlie jest świętej cierpliwości bratem, który wyjaśnia dziewczynce świat i jego oby-
czaje, ponieważ Lola rozumie go na swój naiwnie-racjonalny sposób, do którego
to paradoksalnego rozumowania uprawnione są młodsze dzieci.

Mała nie może spać, i ciągle wstaje do okna, by sprawdzić czy śnieg już pada. „Wszystko jest całkiem zupełnie białe!” krzyczy rano i wygania całą rodzinę na spacer. Proste i bez-
pretensjonalnie pokazane sceny są bliskie dzieciom i nostalgicznym rodzicom, którzy nie stracili zachwytu nad urokami zimowej bieli (dorośli nigdy nie pojawiają się w opo-
wiadaniach).

Kolejnego dnia śnieżny czar pryska – i wtedy zrozpaczonej Loli brat wyjaśnia, dlaczego nie codziennie może padać śnieg, tak samo jak nie codziennie można mieć urodziny. Można się domyślić, że dla dziewczynki nie jest to mocna argumentacja, Charlie zabiera ją więc w podróż w wyobraźni do Arktyki. Tam jednak nie można np. założyć letniej sukienki… Starszy brat pociesza siostrzyczkę, że odrobinę zimy schował w zamrażarce. Lola jednak, bogatsza w nowe przemyślenia woli popatrzeć jak bałwanek „fajnie się topi”.

Oryginalnie, ekspresyjnie zilustrowana kolażem historia, również dla rozczarowanych efektem cieplarnianym.

20181111_110156_LLS.jpg

Eva Susso, Benjamin Chaud
Yeti
Wyd. Zakamarki

Dla odmiany – historia zupełnie nieprawdopodobna. Uno i Mati, braciszkowie znani również z książki tego samego szwedzko-francuskiego gwiazdorskiego tandemu „Duch
z butelki” wyruszają z domu, z którego wyprawia ich tata, na snowboardową prze-
jażdżkę. Po regeneracyjnej przerwie na konsumpcję mandarynek orientują się, że nie wiedzą jak wrócić, ale wśród przykrytych puchowymi czapami drzew i sypiącego z nieba śniegu, spotykają kogoś, kto ma grube futro i wielkie stopy. Autorzy dobrze kreślą relację między braćmi, młodszy reprezentuje nasze lęki, w starszym bierze górę umiłowanie przygód.

Yeti nie mówi, nie wiadomo, czy jest przyjazny, wszakże ilustracje i charakterystyczny
dla Susso, nieskomplikowany język, szybko kolorują zimowy krajobraz ciepłymi barwami. Obce i niezrozumiałe staje się nieszkodliwe, a wręcz przyjazne – choć nadal do końca nierozpoznane. Niepokój za niepokojem odchodzą, pozostaje jednak wrażenie bajkowej tajemnicy, która, jak się okaże, otacza również ojca chłopców.

Smakowita lektura z przesłaniem, że w najciemniejszą noc zimową w obcym można znaleźć przyjaciela.

20181111_105611_lls1.jpg

Katarzyna Minasowicz
Zima, której nie było
Wyd. Wilga

I kolejna pozycja o europejskiej nostalgii za zimami sprzed lat, czyli krzepiąco podana proza życia polskiej rodziny. Przed tradycyjną porą mrozów Mała przysłuchuje się wy-
rzekaniom dorosłych, które tonem przypominają sławetne „the winter is coming” i jak
w soczewce skupiające złe światła wszystkich kolektywnych lęków, strapień i umęczeń. Nawet mama ma kwaśną minę (wizualizując prawdopodobnie wciąganie gryzących rajstop na kończyny córki), optymistyczny i rozsądny tato rozmarza się na myśl o wie-
czornym paleniu w kominku, niestety szybko uprzytamnia sobie również obowiązki odśnieżania… Dla brata – ponury przymus pogodzenia się z końcem gry w piłkę, jedzenia lodów, jeżdżenia na deskorolce. Słowem, wydaje się, że dojrzałość nie lubi zimy.

Ze strychu naraz przychodzi pewien prozaiczny szczegół, który jednak sprawia, że Mała
z niecierpliwością zaczyna wyglądać mrozów i białego puchu – mianowicie czerwone śniegowce.

W owym sezonie zdarzył się niestety tylko jeden zimowy dzień – i to za sprawą taty.

Znów zaczęło się robić coraz cieplej i cieplej. Śniegowce straciły na atrakcyjności
na rzecz wrotek. Co stało się zaś później? Coś bardzo radosnego i dziwnego, zwłaszcza
z dorosłymi. Ale Małą już, jeżeli chodzi o ich świat, niewiele zdziwi…

Realistyczna, choć bez żadnych rozwlekłości, nieszablonowo zilustrowana stoicka przypowieść o kaprysach zimy i ludzi.

20181111_105535_lls.jpg

Muminek i pierwszy śnieg
Na podstawie opowiadań Tove Jansson
Wyd. Egmont

Zimowa opowieść o czekaniu, nie – nie na plażę i słońce, a na powrót Przyjaciela. Włó-
czykij, przyjaciel Muminka, ma w zwyczaju opuszczać Dolinę, gdy zbliżają się pierwsze śniegi. Mimo, iż muminki z kolei całe zimy przesypują, mały Muminek zaczyna bardzo tęsknić za Włóczykijem, gdy tylko ten znika za horyzontem.

Bohater serii pięknie wydanych książeczek Egmontu, z szacunkiem zarysowujących różne przygody mieszkańców Doliny Muminków, chce mi się czasem powiedzieć, jest poważnym i wrażliwym małym chłopcem, który, mając wokół siebie dość oryginalną rodzinę, z których Tatuś i Mamusia są jednak najważniejsi (i najbardziej kochający),
nie wstydzi się przyznawać do rożnych uczuć.

Włóczykij odszedł –wyszeptał. –Powiedział, że spadnie śnieg, i śnieg spadł. Nie chcę śniegu,
jeśli śnieg oznacza, że nie będzie Włóczykija.
 

Tęsknota jest uczuciem niełatwym nie tylko dla dzieci, i dobrze, że Tove Jansson zawarła w swym opowiadaniu wskazówkę, jak sobie z nią radzić. To Włóczykij daje do zrozumie-
nia Muminkowi, że będzie za nim tęsknił – zostawia mu liścik z prośbą, by ten nie pusz-
czał łódek sam, aby poczekał.

Gdy mieszkańcy Doliny Muminków spotykają się pod niebem by lepić śnieżki, pić gorącą czekoladę i  życzyć sobie nawzajem miłego zimowego snu, Muminek czuje już lekkość
na sercu i może cieszyć się w pełni tym, co ma. Na tęsknotę znajdują się sposoby,
a nawet najbardziej mroźną zimę można ocieplić.

20181111_105825_lls.jpg

Görel Kristina Näslund, Kristina Digman
O zimie
Wyd. Zakamarki

Poznańskie wydawnictwo Zakamarki od lat wiedzie prym w zimowych publikacjach, zatem niech nie zdziwi fakt, że ich propozycje będą się pojawiały w naszych tekstach
po wielokroć. „O zimie” to niewielkich rozmiarów książeczka, zarówno literacko, jak
i formatowo, za to zawiera w sobie wszelkie przyjemności, które tak kochamy o tej porze roku. Dwoje dziecięcych bohaterów przeprowadza czytelników przez zimę – począwszy od pierwszego śniegu, który zasypał świat na biało, kończąc na coraz mocniejszym wiosennym słońcu i radosnym zrzucaniu czapek. Nie brakuje tu wierszyków, a nawet rymowanek, które śmiało można z dziećmi śpiewać. „O zimie” nie jest książką z fabułą,
to raczej luźna impresja, o ptakach odlatujących do cieplejszych krajów i tych, które zostają i potrzebują naszych ziaren. O pękających cieniutkich warstewkach lodu na kałużach. O skrzypiącym śniegu. O ciemnych nocach i śnieżycach, które warto spędzić
w ciepłym domu. I w końcu o śniegowych lampionach i myszkach śpiących w szała-
sikach. Ot, niezwykle miły literacki spacer przez kilka mroźnych tygodni.

20181111_101130_lls.jpg

Jerzy Ficowski, Mieczysław Piotrowski
Śnieżne rymy białej zimy
Wyd. Warstwy

Wrocławskie Warstwy w ramach jednego ze swoich priorytetów wydawniczych wzna-
wiają cudeńka z lat 60. i 70. XX wieku. „Śnieżne rymy białej zimy” to prawdziwa perełka, fantastyczne, niedługie i wesołe wiersze Jerzego Ficowskiego opowiadają o zabawie, katarach, ptakach, kaloryferach… Jest i nawet cosik o karpiu w wannie i termometrze rtęciowym, czego zdaje się nie doświadczają już dzisiejsze dzieci. Za to my, ich rodzice, pamiętamy te obrazy aż za dobrze, zatem wspólne czytanie może obudzić wiele wspomnień i rodzinnych opowieści.

Rym i rytm ficowskich wierszy doskonale nadaje się do lektury na głos, poleciłabym
je z czystym sercem nawet tym, którzy obawiają się poezji dla dzieci. W tych krótkich formach zawierają się bowiem całe fabuły – o bałwanie chuliganie, o malowanych szronowych kwiatach, o szadzi. Niezwykłe pastelowe akwarele Mieczysława Piotrow-
skiego fenomenalnie dopełniają ten zimowy, znany nam z dzieciństwa świat.
Są i tro-
chę retro, ale zdecydowanie nie archaiczne, swoją świeżością bezpardonowo wkomponowują się w obecny bardzo atrakcyjny i różnorodny świat ilustracji dla dzieci.

Esteci docenią także samą edycję książki – nie jest to li i jedynie wznowienie, to wydaw-
niczy majstersztyk. Oryginał wzbogacono o nowe liternictwo, zrobiono to jednak
z niezwykłym wyczuciem i smakiem.

20181111_105037_lls.jpg

Tadeusz Kubiak, Przemysław Liput
Idzie zima
Wyd. Zysk i S-ka

Poezji zimowej czar można odnaleźć także w wierszach Tadeusza Kubiaka, który zabaw-
nymi wersami opisuje wszelkie zimowe przyjemności. Jest w tym tomiku lekkość i urok starych peerelowskich pocztówek, które pół wieku temu w wielotysięcznych nakładach niosły ze sobą szereg dobrych życzeń na Święta i Nowy Rok. Zwierzęta szykują zapasy na mroźne miesiące, radosne dzieci z szybkością błyskawicy gonią się na sankach i nartach, lepią bałwany i wpatrują się w piruety tancerki na lodowisku. Tradycyjne ozdoby choinkowe prowadzą zabawne dialogi zawieszone na pachnącym świerku.

Przemysław Liput z dużą zręcznością maluje ten świat, świadomie nawiązując do retro stylistyki, bawiąc się konwencją zawieszoną pomiędzy żartem i sentymentem, znako-
micie oddając atmosferę każdego wiersza.

20181111_101008_lls.jpg

Rotraut Susanne Berner
Zima na ulicy Czereśniowej
Wyd. Dwie Siostry

W naszym zimowym zestawieniu nie mogło zabraknąć ulicy Czereśniowej – cieszącej
się ogromną popularnością serii książek obrazkowych ukazujących po kolei cztery pory roku oraz noc rozgrywającej się w tej samej scenerii jednej okolicy w niewielkim mias-
teczku. Na początku poznajemy bohaterów, których perypetie możemy śledzić kartka
po kartce aż do finału opowieści. Wielorodzinny dom narysowany  w przekroju kusi,
by przyjrzeć się szczegółom niewielkich pokoików, wyposażeniu łazienek, mebelkom, kwiatom, żyrandolom… Ktoś wiesza pościel na balkonie, by nabrała zimowej świeżości mroźnego powietrza, ktoś ozdobił salon gałązkami świerku, choinki czekają na moment uroczystego dekorowania. Rotraut Susanne Berner rysuje ten świat skrupulatnie, według niezwykle przemyślanego scenariusza – ktoś gubi portfel i klucze, ktoś inny pomaga mu je odnaleźć, papuga, która ucieka z klatki daje się w końcu złapać, a autobus dowozi przyjaciół na spotkanie w kawiarni nad zamarzniętym stawem. Śnieg pojawia
się po cichutku, stopniowo otulając grudniowe ciche przygotowania do Świąt, delikatnie rozświetlając ryneczek wypełniony zapachem jarmarcznego grzanego wina.

Historie same przychodzą do głowy, zdecydowanie tej książce nie brakuje słów,
a wspólne czytanio-oglądanie przynieść może dużo radości. Małym i Dużym!

Zatem – miłej zimowej lektury!

Maria i Basia

 

Reklamy
Zimowo DomBajkowo – cz. 1

Małpiszon na skalę swoich czasów, czyli „Dzielna małpka” Marty Altés na drugim letnim spotkaniu z cyklu „Święty Marcin Czyta Dzieciom”

O, jakże mój znajomy trzylatek chciałby pozostać „Babo” (tak od niemowlęctwa jest zwany przez wzgląd na swoje podobieństwa do bohatera literackiego trylogii Evy Susso
i Benjamina Chaude’a; Babo tam zwykle płacze, paćka i puszcza bąki). Jedną z rozlicz-nych zalet swojego wieku i rozmiaru jest to, że nie może daleko chodzić. Bo ma małe nóżki. I, doprawdy, trudno mu wyjaśnić, że dorastanie ma też pewne plusy.

Altes01

Zawiłe to tłumaczenie w naprawdę pomysłowy i ujmujący sposób rozjaśnia uznana hiszpańska pisarka i ilustratorka, Maria Altés. W Polsce możemy raczyć się jeszcze jednym, równie przewrotnym, mądrym i zabawnym opowiadaniem „Nie!” (Wyd. Adamada, tlum. Jacek Dehnel).

Wychodząc od uniwersalnego problemu „za” – za młody, za stary, za gruby, za chudy,
za kolorowy, za szary, dochodzimy do dziecięcego kłopotu z niedopasowaniem do skali opiekunów i starszych kolegów. Wiadomo, że młodsze rodzeństwo rzadko kiedy jest
na równi atrakcyjne towarzysko co rówieśnicy – często, odsunięte, zostaje na lodzie,
bo starsi nie chcą się z nim bawić. W przebarwnie, ale czytelnie zilustrowanym opo-wiadaniu o dzielnej małpce, mała bohaterka zaczyna czuć się „za”. Nie może czegoś dosięgnąć, dojrzeć, przejść przez głębszą wodę, wleźć wysoko na palmę żeby dostać najlepsze banany – słowem, wciąż coś ją omija. Aż wreszcie.

Aż wreszcie, jakkolwiek podejrzanie to nie brzmi, bierze się na odwagę, i wyrusza
po wielką przygodę. I, rzecz jasna, zgodnie z zasadami logiki – jest ona naprawdę nadzwyczajna na miarę kogoś małego, co więcej – wyjątkowa i niedostępna innym,
czyli większym. Kogo bowiem uniesie cienka gałąź prowadząca do słodkich owoców? Kogo zachwycą imponujące wzory motylich skrzydeł, misterna architektura pajęczych sieci?

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma? Kiedyś znajdę szczęście? A może trzeba przestać
się porównywać i przyjrzeć się światu we własnej skali, bo może właśnie tu i teraz jest całkiem nieźle?

Małpa w kąpieli,
Fredrę podejmuje Bogucka

W kieszonkowej (choć w twardych oprawach, niczym wykwintne czekolady) serii Dwóch Sióstr 10 lat temu ukazał się klasyczny bajkowy poemacik Aleksandra Hrabiego Fredry. Spotkanie figlarza dramatopisarza i współczesnej mistrzyni ilustracji dla dzieci dało nadzwyczajny efekt, który Dom Bajek również postara się dla Was przywołać w najbliższą niedzielę.

No i tu ta „małpa”, a przynajmniej tak mi się w mej wrednej naturze zawsze wydawało, nabiera konotacji nieco grubego epitetu wymierzanego w próżną damę (dlatego tak się przywiązałam do rzeczownika uniwersalnego rodzaju „małpiszon”). No bo dlaczego jak małpa – to musi być głupia, śmieszna, żenująca?

Jako śmieszek Fredro broni się doskonale, Katarzyna Bogucka ustawia go na miejscu
i dzisiaj. Będzie teatralnie, śmiesznie i znowu z przesłaniem. Jak to w obejściu Domu Bajek bywa. Zapraszamy w niedzielę 15 lipca o godz. 11.30 na drugie letnie spotkanie.

Maria

Dzielna Małpka, Marta Altés, tłumaczenie: Marta Bręgiel-Pant
Wyd. Tako, 2018

Małpa w kąpieli, Aleksander Fredro, ilustracje: Marta Bogucka
Wyd. Dwie Siostry, 2008

Projekt „Święty Marcin Czyta Dzieciom: Lato w mieście” dofinansowano w ramach Centrum Regrantingowego Inicjatyw Lokalnych Poznań 2018 ze środków budżetowych Miasta Poznania. Operatorem Centrum Inicjatyw Lokalnych Regrantingowe jest Wielkopolska Sieć Organizacji Pozarządowych „Działamy Razem” i Stowarzyszenie Instytut Zachodni.

Fotorelacja z pierwszego spotkania tutaj.

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawców, zasobów własnych oraz ze stron: http://www.myredpalette.com, http://www.culture.pl oraz http://surochow.vizz.pl.

 

Małpiszon na skalę swoich czasów, czyli „Dzielna małpka” Marty Altés na drugim letnim spotkaniu z cyklu „Święty Marcin Czyta Dzieciom”

A tymczasem w Paryżu… Tym razem sobie NIE POCZYTAMY.

Tym razem nie, bo w najbliższą, i zarazem ostatnią, sobotę naszego podwórkowego cyklu wakacyjnego „Święty Marcin Czyta Dzieciom” urządzimy sobie spotkanie z ka-
mishibai.

Nie czytamy więc jak zwykle książki, lecz OPOWIADAMY.

Opowiem Ci bajkę…
Posłuchaj, coś Ci opowiem…
Muszę Ci coś opowiedzieć!

Jak to brzmi? Dla mnie zawsze zapowiada coś wyjątkowego, bo przesączonego przez czyjeś podejście do świata, doświadczenie, dystans lub zapalczywość, gesty i mimikę. Wysłuchaną opowieść nieodmiennie też pamięta się razem z własnymi myślami, rea-
kcjami i pytaniami, przez co, być może, staje się dla odbiorcy bardziej kompletna
i usłużna w przyszłości.


KAMISHIBAI to – dosłownie, i po japońsku – papierowy teatr. Czyli, że za drewnianą pudełkową sceną, butai, przypominającą teatr marionetkowy, będziemy przesuwać karty papieru. Z tyłu kart są słowa opowiadające historię, która stoi za ilustracjami;
słów tych jest niewiele, ponieważ kamishibai daje widzom (i słuchaczom) specjalny teatralny prezent – przestrzeń na wyobraźnię, w której dopowiada i widzi się wszystko, co nie zostało pokazane i opowiedziane.

Źródła kamishibai siegają XII wieku, kiedy to w buddyjskich świątyniach mnisi przeka-
zywali umoralniające opowieści; wraz z nadejściem dwudziestowiecznych wynalazków, takich jak kino dźwiękowe, kartonowe teatry, jako możliwe do przewiezienia na rowerze, służyły rozrywce uboższej publiczności. W latach 60. XXw. kamishibai zaczął zanikać, wypierany przez telewizję, prasę i pierwsze komiksy.

Na Zachodzie sztuka ta zyskała popularność w latach 70. dzięki Édith Montelle, ani-
matorce, bibliotekarce, szefowej kolekcji wydawniczej w szwajcarskim wydawnictwie Slatkine, a przede wszystkim propagatorce sztuki opowiadania. We współczesnych kamishibai zachowana jest idea i forma teatrzyku, ale treści dostosowuje się do wa-
runków i tradycji kulturowych poszczególnych krajów. W Polsce działa kilka wydawnictw proponujących zestawy kart kamishibai, m.in. Risprint, Zielona Grupa i Tibum. Dzięki dotacji Miasta Poznania Biblioteka Domu Bajek wzbogaciła się o kolejne dzieła tego gatunku: „Trzeba będzie…” autorstwa Francuzów Thierry Lenain’a i Oliviera Tallec’a oraz „Mojego przyjaciela Kemushi” Nathalie Dargent i Mandany Sandat (wydawnictwo Tibum).


Na podwórku Domu Bajek zaś pokażemy i opowiemy Wam historię „Lwa w Paryżu”, wymyśloną i zilustrowaną przez Beatrice Alemagna – i będzie to coś naprawdę nadzwy-
czajnego. Każda z kart opowieści zasługuje na miejsce w galerii sztuki. Technika autorki wiąże w niebywale intrygujący sposób rysunek i kolaż, przy czym wszystkie wycięte ze starych zdjęć i reprodukcji (np. fotografii prasowych i reklam z lat 60., przedwojennych plakatów czy renesansowych portretów) postacie, mimo iż pochodzą z różnych czasów, dobrze odnajdują się w kontekście paryskiego metra, kawiarni i ulicy.


Nieco melancholijny tytułowy bohater sobotniego kamishibai przypomina wielu z nas,
a zwłaszcza tych, którzy nie chcą pozostać w tłumie nierozpoznani. Spotkamy się więc
z zupełnie innym bohaterem niźli niedźwiedź pędzący przez Paryż w poszukiwaniu swo-
jego synka („Misiowa piosenka” Benjamina Chaud’a, wydawnictwo Dwie Siostry), ten bowiem nie budził w paryżanach zapędów towarzyskich. Opowieść Beatrice Alemagna płynie spokojnie; jest, że ujmę to tak, z gatunku psychologicznych, również dlatego mistrzowsko przedstawia się w konwencji kamishibai.

No, musicie to zobaczyć. Zapraszamy w sobotę 2. września o godz.12-ej na ostatnie letnie spotkanie z Biblioteką Domu Bajek; pamiętajcie też, że odwiedzając nasze pół-
piętro, będziecie mogli skorzystać z naszych przepysznych, wciąż rosnących zbiorów.

Maria

Dzięki dofinansowaniu Miasta Poznań pokażemy Wam także biblioteczne nowości:

– „Oto jest Paryż” (z fantastycznej serii M. Šaška, wydanej przez wydawnictwo Dwie Siostry),
– ‚Paryż – znam to miasto”, Judith Drews, wydawnictwo Zakamarki.

Spotkanie odbywa się w ramach cyklu „Święty Marcin czyta Dzieciom”. Projekt dofinansowano w ramach Konkursu Mikrodotacji Centrum Inicjatyw Lokalnych
Poznań 2017.

Fotorelacja z czwartego spotkania tutaj.

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawców, zasobów własnych oraz ze stron: strefapsotnika.pl; pinterest.com.

 

A tymczasem w Paryżu… Tym razem sobie NIE POCZYTAMY.

Człowiek zwierzakowi dziwolągiem. Ratujmy naszą godność

Zwierzęta są tak inne od ludzi – niemal do każdego chciałoby się przytulić, a przynaj-mniej do tych futrzastych. Pogłaskać dobrotliwie pomarszczona głowę żółwia, zbliżyć
się do ślimaka tak, by ten się nie wystraszył i nie schował swych czułek.

Zwierzęta przemawiają do nas z książek, z kreskówek, reklam – są bowiem doskonałymi nosicielami cech ludzkich, uosobieniami ludzkich typów – lis symbolizuje spryt, lew majestat i szlachetny charakter, sowa jest mądra, a niedźwiedź poczciwy. Ostatnio zaś zwierzęta w ogóle latają samolotami, sprzedają warzywa, pracują na poczcie; naukowcy udowodnili, że dzieci wolą uczyć się abstrakcyjnych pojęć na przykładach zwierzęcych, ludzie w bajkach są dla nich mniej interesujący niż bohaterowie, dajmy na to, historii
z serii „O czym szumią wierzby” (zauważyliście, że ludzie w animacjach dla dzieci w ogóle są już w odwrocie? Co innego dinozaury, rybki, osły, lwy, mamuty. Hmm,hmm, nie wiem co to oznacza dla ludzkości). I tak już od Ezopa, przez Krasickiego aż na Myszce Miki, Kreciku i Braciach Koala skończywszy.

To, że przytulanki naszych dzieci nie zawsze przypominają konkretny gatunek fauny
(mój synek do surykatki zwraca się „piesku”, a do owieczki „małpiszonie”), zdaje im się nie przeszkadzać. Młody zresztą ustanowił jakiś specjalny system wartościowania zwierzaków, stawia np. pytania pozorne, na które sam sobie odpowiada: „Mamo,
a mucha jest dobra? Dobra jest. Ja muchę lubię.”

Od zawsze zwierzęta były człowiekowi bardzo potrzebne, nie tylko do jedzenia i tran-sportu, ale także do wzmacniania poczucia bezpieczeństwa, a, zwłaszcza u dzieci, sprawczości, rozwijania empatii oraz przezwyciężania leków społecznych.

Lubimy zatem mieć zwierzaki, lub jakieś ich ślady, a najczęściej pozostałości, blisko siebie. Są dla nas ważne jak prawie ludzie. Czy jednak te prawie ludzkie istoty też tego chcą?

W sposób naprawdę atrakcyjny wizualnie, i bardzo przemyślany, podobne a nawet jeszcze bardziej graniczne pytania stawia autor niezwykłej obrazkowej książki o nieco tylko, być może, melodramatycznym polskim tytule „Uratuj mnie!” (w oryginale „Animal rescue”, w Polsce ukazało się dzięki Wydawnictwu Bajka).

Uratuj00
Skąd jej rozgłos? Otóż z pomocą oryginalnego pomysłu edytorskiego, takiego miano-wicie, że między kolejnymi stronami umieszczone są kartki foliowe z fragmentem obrazków – najczęściej zwierzaków, fortel zasadza się na tym, że w zależności od tego, do której z sąsiadujących stron przyłożymy folię, kontekst zmieni się na przeciwny. Zielony but staje się częścią krokodyla pływającego w jeziorze obok hipopotama, zwinięty w kłębek lisek albo otacza szyję elegantki w kapeluszu, albo śpi owinięty wokół gałęzi, niedźwiedź siedzi albo za prętami zoo, albo obok małego niedźwiadka
na wzgórzu. Rozumiecie, naturalne środowisko a warunki, w których chcą widzieć zwierzęta ludzie.

No i dobrze, tak trzeba, że tu właściwie, a tu nie, dzieci ze swą czystą naturą szybko chwycą o co chodzi, rekin lepiej w morzu czy w zupie, tygrys w dżungli czy przed kanapą, rodzic nie musi się wiele wysilać, by morał z książeczki popłynął. Sęk i cała ciekawość
w tym, że zwierzaki z przeźroczystej folii wyglądają w sztucznym dla siebie środowisku równie „normalnie”, tzn. nieszokująco, zwyczajnie – czy bowiem dziwi nas jakoś spec-jalnie widok psa szukającego jedzenia w śmietniku czy wywijającego fikołki delifina w delifanrium? Dama w lisie wygląda niezwykle dostojnie, tata z synkiem wydają się cieszyć widokiem niedźwiedzia w zoo. Zatem jest Patric George zostawił nam miejsce
na słowa, nie tylko kiwanie głową. Dzieci nie tylko mogą wybrać właściwe według nich otoczenie dla bohatera, czyli go uratować, ale i zidentyfikować sceny, które dzieją
się teraz, i to bardzo blisko. Jakość ilustracji, ich prostota, intensywne kolory, gorzki humor pomagają sięgać po tę książkę również tym, którzy nie na co dzień interesują się losem zwierząt w przemysłowych hodowlach, cyrkach czy przy w roli turystycznych atrakcji. „Uratuj mnie!”, mimo prostego przekazu, nie jest ani trywialne ani nachalne. Dlatego, wiadomo, przeczytamy je na następnym Czytandzie Marcińskim na naszym podwórku.


Drugą książką o zwierzakach, bo przecież to im końcu jest spotkanie dedykowane, będą „Dziwolągi” Christóbala Leóna i Christiny Sitja Rubio. Chilijski artysta wizualny León zajmuje się filmem eksperymentalnym; „Dziwolągi” to jego jedyna książka dla dzieci, która współtworzył. Sitja Rubio natomiast studiowała w Nowym Jorku, pracuje w Bar-
celonie i Berlinie, a pochodzi z Wenezueli. Nie fotografuje już, ilustruje książki.

Cóż w ich opowiadaniu ciekawego?

W przeciwieństwie do niewielkiego formatu i jaskrawych, kojarzących się nieco z rek-
lamą, kolorów „Uratuj mnie!”, „Dziwolągi” formatem przypominają album, i na okładce mają las wyrysowany jak się patrzy. Historia jest dość przewrotna, a zilustrowana po całości – obrazy, estetyką przypominające po trosze malarstwo naiwne, zajmują całe strony, co wzmacnia poczucie obcowania z prawdziwym światem wymykającym się poza pełen kadr.


Wracając do fabuły: leśni autochtoni zwabieni ogłoszeniem o balu, po powrocie odkryli, że ich domy, czyli głównie drzewa, znikły. Towarzystwo (dość niepokojąca narracja
w pierwszej osobie liczby mnogiej) radzi sobie jak może: próbuje odbudować siedliska
z tego, co w lesie zostało, ze śmieci znaczy. Skarby wysypisk nie zdają egzaminu, zwie-rzęta udają się tedy na poszukiwania ich starych domów. Znajdują je już w zgoła od-miennym stanie, a po nieudanych pertraktacjach z ludźmi (zgadnijcie związek między nimi a tytułem książki) wspólnymi siłami wpadają na pewien pomysł, o którym już nie napiszę. Historia surrealistyczna, ale w swym koncepcie oraz formie doskonała.
I na pewno nie jednorazowa.

Nie tylko „Uratuj mnie” i „Dziwolągi” wzbogaciły ostatnio nasze zbiory; dzięki dotacji miasta Biblioteka Domu Bajek ma już dla Was także zupełnie wyjątkowe dwie „Galerie Dzikich Zwierząt” – Południe i Północ autorstwa Dietera Brauna, wydane w serii Art przez Egmont, przezabawnego ‘Królika i Misię – Utrapienie Królika” Juliana Gough i Jima Fielda oraz „Las i jego zwykłych-niezwykłych mieszkańców”- pozwolę sobie tylko dopisać, że obie nadzwyczajne i w treści, i w obrazie.

Przyjdźcie na nasze podwórko w sobotę 26.8, o 12-ej!

Maria

Więcej nowych książek o pojazdach w zasobach Biblioteki Domu Bajek:
„Uratuj mnie”, Wydawnictwo Bajka
„Dziwolągi”, Wydawnictwo Dwie Siostry
„Las i jego zwykli-niezwykli mieszkańcy”, Wydawnictwo Widnokrąg
„Płetwal błękitny”, Wydawnictwo: Łajka
„Galeria dzikich zwierząt. Południe”, Egmont
„Galeria dzikich zwierząt. Północ”, Egmont

Spotkanie odbywa się w ramach cyklu „Święty Marcin czyta Dzieciom”. Projekt dofinansowano w ramach Konkursu Mikrodotacji Centrum Inicjatyw Lokalnych
Poznań 2017.

Fotorelacja z trzeciego spotkania tutaj.

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawców oraz zasobów własnych.

Człowiek zwierzakowi dziwolągiem. Ratujmy naszą godność

Wyspy Niekanaryjskie. O pożytkach z Dziadka i sztormu

Opowiadania o Stinie należą do tego rodzaju literatury dla dzieci, którą z pewnością
zrozumieją rodzice, na poziomie malowanych akwarelą ilustracji i na poziomie
tekstu, bowiem fabuła ma nadzwyczajne tło skandynawskiej skalistej wysepki, przez-
wyciężony w nieoczywisty sposób kłopot, i niezwykłych bohaterów.

Stina, Państwo sobie wyobrażą, nie jest ani łobuziarą-psotnicą ani wszędobylską fig-
larką, to po prostu białowłosa wnuczka pewnego dziadka o nieoczywistej, szwedzkiej urodzie. Czy jest urocza? No jakże. Czy każdy chciałby mieć takiego Dziadka za dziadka
i móc spędzać lato w jego domku na wyspie? Rozumie się. Jednak w opowiadaniach ilustratorki i pisarki Leny Anderson jest coś jeszcze, co pozwala wracać do nich bez zniecierpliwienia schematycznością historii dla dzieci, i nie jest to  sam splot opisy-
wanych wydarzeń, choć jest naprawdę o czym rozmawiać, a być może bardziej wykreowany przez autorkę świat. Niemal słyszy się krzyk mew, czuje zapach sieci,
smak soli morskiej, dźwięk fal i twardość skały pod stopami.

Anderson, na świecie znana najlepiej z powstałej we współpracy z Christiną Björk,
zresztą zekranizowanej, książki “Linnea w Ogrodzie Moneta” (w Polsce wydanej przez
“Zakamarki”), tworzy obrazy i słowa dające iluzję dotknięcia opowiadanej przez nią
historii. Jakby wchodziło się w film, daję słowo. Jej sceny rodzajowe są pełne szcze-
gółów, ale i spokoju, jak na płótnach klasyków. Jest to świat kompletny, pozbawiony jakiejkolwiek kokieterii, dlatego do opowiadań o Stinie wraca się z radością i ciekawoś-
cią, właśnie tak, jak w miejsce, w którym spędzało się wakacje mając za jedyny zaawansowany technicznie wynalazek radio.

Lato02

Jak Dziadek rozwiąże kłopot dzielnej Stiny, która pewnej nocy wybrała się podziwiać
sztorm? Odpowiedź, jak mniemam, warta najlepszych blogów na temat wychowania.
Ponieważ dzięki mikrodotacji Miasta Poznań nasza Biblioteka Domu Bajek wzbogaciła
się o “Lato Stiny”, chcę Wam bardzo polecić również drugie opowiadanie zamiesz-
czone w książce – przekonacie się, co może stanowić najlepszy prezent urodzinowy
i jak bardzo pamięć o urodzinach fantastów jest ważna.

W Bibliotece od dzisiaj będą też na Was czekać inne morskie opowieści: Erica Carle
“Konik Morski”, z kapitalnymi oknami przez które widać podwodne rośliny, nadzwy-
czajna “Co kryje morze” Ainy Bestard z kompletem kolorowych szkiełek do odkry-
wania tajemnic głębin (obie wydane przez Tatarak), kolejne monumentalne i wybor-
ne dzieło Aleksandry i Daniela Mizielińskich “Pod ziemią, pod wodą” (Dwie Siostry), oraz niezawodny “Pan Maluśkiewicz i Wieloryb” Juliana Tuwima, narysowany przez Bohdana Butenkę.

Przyjdźcie na nasze podwórko w sobotę, 12-ego sierpnia o 12-ej, wypożyczcie co się
Wam będzie podobało, a po wspólnym czytaniu o przygodach Stiny narobimy razem
różnych morskich cudów, no i postaramy się znaleźć trochę morskich skarbów.

Wszyscy na pokład!

Maria

Książki:

„Lato Stiny”, Lena Anderson, Wydawnictwo Zakamarki
„Pod ziemią, pod wodą”, Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Wydawnictwo Dwie Siostry
„Co kryje morze?”, Aina Bestard, Wydawnictwo Tatarak
„Konik morski”, Eric Carle, Wydawnictwo Tatarak
“Pan Maluśkiewicz i Wieloryb”, Julian Tuwim i Bohdan Butenko, Wydawnictwo Dwie Siostry (wznowienie)

Spotkanie odbywa się w ramach cyklu „święty Marcin czyta Dzieciom”. Projekt dofinansowano w ramach Konkursu Mikrodotacji Centrum Inicjatyw Lokalnych
Poznań 2017.

Fotorelacja z pierwszego spotkania tutaj, z drugiego tutaj.

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawców oraz zasobów własnych.

 

Wyspy Niekanaryjskie. O pożytkach z Dziadka i sztormu

Sklepy z różnymi światami


Sklepy z różnymi światami.

A wcale bo umiem zliczyć do pięciu!

Nie, na zbliżającym się spotkaniu Domu Bajek nie będziemy używać mowy zaafe-rowanych młodziaków. Będziemy za to opowiadać sobie o zwiedzaniu miejsc
z wystawami najróżniejszych przedmiotów (choć nadal nie nazywałybyśmy ich
galeriami, nu, nu, nu).

Matki, ojcowie, uśmiechnijcie się – książki, które weźmiemy na warsztat – obrazkowe dzieło małżeństwa koreańskich artystów Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi “5 złotych”
oraz “Sklepy” Joanny Guszty i Maćka Blaźniaka – nie przypominają miesięczników poświęconych 236 rzeczom, które koniecznie trzeba kupić jak najprędzej.

To są właściwie książki podróżnicze, pokazujące jak niezwykle zajmującą wyprawą
może być zwykły spacer np. z przedszkola do domu.


W zupełnie nadzwyczajnie  (przepraszam za oksymoron)  zilustrowanej historii
o “5 złotych”, tytułowa moneta pełni rolę swojego rodzaju biletu na ekspedycję
po miejskich krajobrazach. No właśnie, bo są to raczej pejzaże niźli pyszniące się towa-rami wnętrza. Niewielki, gustownie obcięty bohater nie ma potrzeby otwarcia żadnych sklepowych wrót, całkowicie wystarczają mu malownicze, choć nie kiczowate, wypełniające witryny obrazy. Autorzy postanowili zrezygnować z wyrysowywania drobiazgów, jaskrawo-katalogowych szczegółów produktów; w perspektywie ulicznej ważni są też przechodnie, nikt jednak ani nic nie jest do końca realistyczne, wszystko może przejść i pojawić się wszędzie.

Zatem mamy dziarskiego chłopca, który przez 10 pierwszych stron szuka zajęcia
w okolicach salonowej kanapy. Mija go zarys mamy krzątającej się mamy, z kadru
ucieka siostra z tornistrem, widać też kawałek szykującego się do pracy taty. Stałym elementem krajobrazu owej sceny rodzajowej we wnętrzu jest zaiście malowniczo chrapiący w fotelu dziadek;  upływ czasu rejestruje filiżanka stygnącej herbaty. Świadkiem ratunkowego znaleziska jest jedyny żywotnie zainteresowany chłopcem bohater, pies.


Ale chłopiec rusza w świat sam (czy ty, moje dziecko, zrobiłobyś to samo? A przy
okazji: transakcje ludzi do lat 13 prawo uznaje za nieważne, z wyjątkiem jednej kate-
gorii, o której w finale “5 złotych”). Co go zainteresuje po drodze? O kim może myśleć przyglądając się kolejnym wystawom? A ile za te produkty są w stanie zapłacić ludzie
i dlaczego w ogóle lubią, czy też czują, że muszą chodzić na zakupy? Warto iść jego śladem, zajrzeć mu przez ramię. Wygląda na tak dobrze osadzonego w swoim wewnętrznym i zewnętrznym świecie, że chyba się nie obrazi.

Kolejny artystyczny tandem współpracujących ze sobą w wydawnictwie Ładne Halo Joanny Guszty i Maćka Blaźniaka opowiada o czynieniu zakupów z mamą. Tu również
nie musimy wchodzić do środka, wystarczająco do tego zachęcają witryny i stojący przed wejściami sprzedawcy. Po drodze możemy wykonać zadanie: odznaczyć listę zakupów z przedniego skrzydełka okładki (dokąd zajść po petunię? tamburyn? obwarzanki?).

Sklepy03

Narratorem jest chłopiec, który wyjaśnia dlaczego tak lubi chodzić na zakupy z mamą.
I teraz powiem coś od siebie – z tych samych powodów, dla których lubię to robić
ja (nawet sama). Nie wiem jak Wy, ale ja tam lubię zaciągnąć się wonią roztaczaną
przez drewniane ołówki i gumki do mazania w porządnym papierniczym, zapachem przekrzykujących się kwiatów i mokrej ziemi w kwiaciarni, nie mówiąc już o aromacie świeżych bułek, razowców i rogali w piekarni. Lubuję się też rozmowy z właścicielami
i ich pracownikami, po drodze z instytucji opiekuńczych mojej progenitury zdarza nam
się odwiedzać znajomych sprzedawców nawet gdy zupełnie nie mamy ochoty na żadne nabytki.

Sklepy02.jpg

“Sklepy” kończą się dwuetapowo: na ostatniej stronie można w witrynę wrysować
swój własny asortyment. Ach, cóż za pole do popisu; coś mi mówi, że dla dzieci
w każdym wieku..

Sklepy01.jpg
Obie opowieści zachęcają do spacerów, do ruszenia w drogę, może nie hej w góry,
lasy, ale w miejskie uliczki i aleje. Dziś, kiedy zakupy można zrobić nie dotykając chodnika podeszwą, taka trasa staje się rarytasem.

W Bullerbyn, o którym nie będziemy w najbliższą niedzielę opowiadać, tuż koło szkoły znajdował się sklep wujka Emila, do którego podczas ferii wielkanocnych Lisę i Annę wysłały mamy. Wujek w dużym słoiku trzymał kwaskowate cukierki, którymi zawsze częstował dzieci. Rozdział “Anna i ja załatwiamy sprawunki” pamiętam najlepiej z całego majstersztyku Astrid Lindgren, jeżeli możecie, zajrzyjcie proszę i przypomnijcie sobie melancholijną nutę pieśni “Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej”.

Chodźmy razem na niezwykłe zakupy, ruszamy przy Lodowej 6, w najbliższą niedzielę
o 11-stej. Kieszonkowe w ogóle niepotrzebne!

Maria

„5 złotych”

koncepcja: Jae-hyuk Cha, Eun-young Choi
ilustracje: Eun-young Choi
Wydawnictwo Dwie Siostry

„Sklepy”

Joanna Guszta
ilustracje: Maciek Blaźniak
Wydawnictwo Ładne Halo

Ilustracje zaczerpnęłyśmy e stron wydawnictw.

 

Sklepy z różnymi światami

W KRATKĘ

Odnosimy wrażenie, że nie ma już Dzieci, które nie znałyby Elmera, słonia w kratkę.
Ten kolorowy i nietuzinkowy bohater ma wielu miłośników, dlatego tym bardziej polecamy lekturę naszego tekstu.

Dziś proponujemy trzy różne aktywności Elmerowe – dla dziarskiej grupy,
na zabawę w gronie rodzinnym i na małe paluszki solo 🙂

Zaczniemy od działania najbardziej spektakularnego – tego Przyjaciela w kratkę zrobiliśmy razem z Sówkami – grupą starszaków jednego z poznańskich żłobków.
Przede wszystkim zadziałaliśmy tutaj skalą – kartonowy „szkic” Elmera wzrostem
mógł konkurować z niektórymi Dziećmi, więc łatwo sobie wyobrazić radość, jak
go zobaczyły! Dalej zabawa jest już banalnie prosta, zarówno dla małych Artystów,
jak i ich Opiekunek – Maluchy otrzymały wieeeele przygotowanych wcześniej prostokątów barwnego papieru, klej i do dzieła! Musimy przyznać, że naprawdę zaskoczyła nas duża chęć współpracy – wspólne zadanie daje pole do manewru,
na twarzyczkach długo gościło skupienie i radość. A gdy Elmer zyskał barw jeszcze kilka tygodni stał niedaleko wejścia do żłobka budząc szczery zachwyt i miłość wielu osób 🙂

Z Elmerem miałyśmy okazję pracować także w plenerze – także i tym razem
sięgnęłyśmy po surowce wtórne, zamiast szarego kartonu wykorzystując rolki
po papierze toaletowym, pomalowane wcześniej na różne kolory. Dzieci wspólnie
z Rodzicami stworzyły bajeczny świat zwierząt inspirowanych postaciami z książki.
Poza słoniem czy żyrafą powstały także stwory nieco bardziej egzotyczne, a nawet można śmiało powiedzieć abstrakcyjne 🙂

Bardzo lubimy ten rodzaj zabawy – namawiając Artystów do zrezygnowania z nożyczek na rzecz darcia i rozrywania papieru miałyśmy dużą satysfakcję widząc, jak wyłaniają
się fantastyczne kształty.

I oto bajeczne efekty tego działania:

Elmer 15

Na koniec nasza propozycja na zabawę plastyczną w domowym zaciszu. Wymaga troszkę zapału Rodzica – narysowany Elmerowy kontur trzeba wykleić taśmą dwustronną i to od nas zależy, jak precyzyjnie przygotujemy pole dla aktywności. Starszaki mogą oczywiście spróbować zrobić taki klejący „szkic” samodzielnie. Następnie na bazę naklejamy przycięte wcześniej kawałki kolorowych słomek do napojów. Zabawa prosta, a przyjemnie angażująca – szczerze polecamy!

Za kilka dni spotkamy się z Elmerem po raz czwarty. Co wymyślimy? Zajrzyjcie
do nas na Czytando organizowane w ramach The September Concert Poland,
więcej informacji znajdziecie tutaj.

ZAPRASZAMY!!!

Ania i Basia

Postać Elmera stworzył brytyjski twórca David McKee w 1968 roku, w druku najbardziej popularny książkowy słoń ukazał się dopiero w 1989 roku. Dotychczas opublikowano
22 tomy z historiami tego bohatera. Polscy czytelnicy mieli okazję zaprzyjaźnić
się z Elmerem dzięki wydawnictwom: Dwie Siostry oraz Papilon (Grupa Wydawnicza Publicat S.A.).

W KRATKĘ