Stało się to, że jest zimno*, czyli ostatni zajazd przy Lodowej

Naprawdę lubię rozmowy o pogodzie, pod warunkiem, że nikt się nie dziwi, że w lis-
topadzie bywa przenikliwie zimno i wilgotno, w lipcu upalnie, a w styczniu trzaska mrozem. Jak ktoś się nieopatrznie trafnie wyraził, taki mamy klimat. Prawdziwy kłopot jest wtedy, gdy ktoś nie umie sobie poradzić z takim czy innym atmosferycznym warunkiem, a Elmer?

Otóż Słoń w kratkę Elmer – bohater bestsellerowej serii opowiadań autorstwa bry-
tyjskiego ilustratora i pisarza Davida McKee, którego sukces stał się dla mnie jasny
po przeczytaniu jego przyznania się do fascynacji malarstwem Paul’a Klee i słoniami –
zna świetny na dreszcze sposób.

Może być bowiem naprawdę zimno, ale wesoło! Elmer prowadzi markotne słonie nową ścieżką pod górę, i wiadomo, najpierw się rozgrzewają, potem trochę męczą, ale wysoko czeka je coś, o czym tylko słyszały. Ślizgawka, śniegowa rzeźba (bałwan nietypowy), bitwa na śnieżki, na sam koniec zaś czytelny sygnał do powrotu w doliny.

Każda z powiastek o Elmerze , w oryginale the Patchwork Elephant, słoniu patchwor-
kowym, zawiera jakiś morał, ten zaś, zimowy podoba mi się szczególnie: nie marudź, tylko rusz się i cos zrób, a najlepiej nie sam. Poprzedni stan nie będzie Ci się już wydawał taki beznadziejny, zyskasz na pewności siebie i poszerzą ci się horyzonty.

McKee ma niezwykły dorobek literacko-graficzny, w 1972 r. opublikował książkę o tym,
jak rodzi się wojna, współpracował nad kilkoma serialami animowanymi na podstawie swojej twórczości, w tym uwielbianego i nieodżałowanego do dziś przez Brytyjczyków
Mr Benn’a, kreskówki dla fundacji Save the children, czy bajki o przygodach Króla Rollo. Ilustrował książki swojej matki i syna.

01Elmer.jpg

Lepszym ode mnie słoniologom pozostawiam ustalenie, który rysunkowy słoń jako pierwszy włączył się w walkę o tolerancję dla inności – pierwsza publikacja o Elmerze ukazała się w 1968 r., podczas gdy premiera polskiej animacji „Przygody w paski” Tade-
usza Kowalskiego i Aliny Maliszewskiej-Kruk miała miejsce w roku 1960.

Często powtarzam, że pracuję dla dorosłego, którym stanie się dziecko, i dla dziecka, które nadal tkwi w dorosłym. Książki ilustrowane zawsze mają podwójną publiczność. Jest to jedyny rodzaj książek, którymi możemy się dzielić. (David McKee).

00McKee.jpg

Autor mieszka obecnie ze swoją algierską żoną na południu Francji, gdzie dalej maluje, rysuje, pisze i kolekcjonuje sztukę, głównie afrykańską. Do tej pory powstały 22 tomy przygód Elmera, wydanych w 20 językach w 7 mln egzemplarzy.

To już nasze pożegnanie ze spotkaniami w pięknych pomieszczeniach Warsztatów Agaty przy Lodowej. Od tej pory w niedziele będziecie tam mogli przeżyć inne kapitalne przy-
gody, my zaś wkrótce zaprosimy Was do czytania i zabawy GDZIE INDZIEJ. Kto ciekawy – niech czeka, bo po raz pierwszy w nowym miejscu chcemy się z Wami zobaczyć jeszcze przed świętami, by razem móc się na nie ucieszyć i, oczywiście, nabrać bożonarodzeniowych kolorów.

Maria

Elmer i śnieg,
w tomie „Elmer. Najlepsze przygody”
Wydawnictwo Papilon 2016

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłyśmy ze strony wydawcy, http://blog.hobbycraft.co.uk/ , www.metmuseum.org, http://www.famousartistsgallery.com/, www.posterlounge.co.uk oraz www.theguardian.com.

Projekt „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu” dofinansowano ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz.

Reklamy
Stało się to, że jest zimno*, czyli ostatni zajazd przy Lodowej

Aston, z psów dojmujących, i jego skarby z marginesu

Zakrzyknę jak przedwojenny uliczny sprzedawca: absolutnie fantastyczna sztuka literacka dla dzieci! Nadzwyczajne ilustracje, a nawet, chciałoby się rzec, plenery
i scenografia! Co za historia, każdy to widział, a nikt nie wie co z tym zrobić! Ludzie patrzcie i słuchajcie, a swym dzieciom pokazujcie i czytajcie!

To się nakrzyczałam, a teraz trochę ciszej. Książka Lotty Geffenblad, szwedzkiej ilustratorki, autorki przekładanych na języki różnych kultur książek i animacji,
powstała w 2005r., mi zaś, jako dziecku stanu wojennego, wizualnie przypomina jako żywo czasy wiecznej szarozimy; nie wierzę jednak, by w Skandynawii swą estetykę
wzorowali na polskich latach 80-tych, wszelako moje skojarzenie może tłumaczyć asocjacja szwedzkiej zimy i dzieciństwa, które każdą szarość zabarwia na kolorowo.

00Kamyki.jpg

„Mama dźwiga ciężkie torby. Ser, szpinak i dorsz ze spożywczego”. Brzmi dobrze czy źle to? Z perspektywy polskiego kryzysu: dobrze, bo torba ciężka od jedzenia, źle, bo zakupy musi dźwigać mama, która zapewne odprowadza dziecko ze szkoły/przedszkola, nie ma samochodu i pewnie jest zmęczona”. No proza, proza, a Małgorzata Musierowicz
w swym cyklu dla inteligentnych nastolatków siatkę z cieknącymi karpiami potrafiła jakoś w okresie ciemnych państwowych trudności dowcipnie przedstawić.

Zatem pies-synek i pies-mama, koło 17-ej, teraz, w listopadzie. Liście w powietrzu, a nie na drzewach, latarnie zamglone, rękawice, czapki, kałuże, ciągle trzeba poprawiać szalik, bo wieje. Mieszkam obok starego parku, ze stawem i stosami liści, przechodzę z moimi synkami dokładnie te same ścieżki na pagórki, co dla nich są góry, cierpliwie wystaję, gdy mierzą patykami głębokość wszystkich kałuż, zbierają kasztany, i nie pamiętam już dokładnie dlaczego trzeba je wszystkie zebrać, każdego, wejść do każdej kałuży, a jednak gdzieś mi się kołacze, że choć już nie wiem, na bank wiedzą to oni, oni – dzieci.

Aston, pies z zupełnie niezwyczajnej graficznie rodziny psów, wie coś więcej o kamie-
niach. Wie, co trzeba z nimi zrobić, gdy się je zobaczy po drodze. Wymaga to coraz więcej wysiłku, nieważne, czy to zima czy inna pora roku. Aston zupełnie nie jest geologiem, jest zwyczajnym empatycznym dzieckiem, które w kamieniach widzi personifikacje bezbronnych i samotnych istot (nadal, gdy przyglądam się swoim paznokciom, widzę, że każdy ma swą własna osobowość, a nawet wyraz twarzy).

Rodzina Astona jest dojmująca przez charakter ilustracji Lotty Geffenblad, która łączy rysunek z kolażem i techniką przypominającą miedzioryt; postacie psów (również spersonifikowanych, ruszających się jak ludzie, ubranych po ludzku, coś jak nasz rodzimy Ferdynand Wspaniały) są jak teatralne lalki, które to moje skojarzenie spec-
jalnie mnie nie martwi, bo Autorka jest przecież również nagradzaną animatorką,
a za jej twórczość chętnie biorą się dramaturdzy. Język opowiadania jest oszczędny, zdania proste, opisują raczej to, co się dzieje, nie to, co należy myśleć czy czuć.

00Geffenblad.jpg

Strona graficzna bardzo mnie zajmuje, kompozycyjnie nie nuży, nie wszystko jest dopowiedziane, ale każda kreska i plama ma czytelny sens. Ponieważ w sposób okropny lubię książki odległe, takie, których estetyka nie występuje w najbardziej nawet wyra-
finowanych przekazach reklamowych, książki o Astonie są dla mnie idealne. Naprawdę bliżej im do sztuki niż do dziecięcej literatury użytkowej. Niby to żadne fantazje, prosta ludzka historia przesunięta jedynie w stronę zwierząt, ma jednak siłę oddziaływania porządnej baśni, jedynie morał, jeśli Wam potrzebny, musicie sami sobie dopowiedzieć. Przyjdźcie więc do nas w najbliższą niedzielę o 11, zobaczcie i posłuchajcie, zapraszamy – to przedostatnie spotkanie z dombajkowego cyklu Na Łazarskim Fyrtlu.

Maria

„Kamyki Astona”, Lotta Geffenblad
Wydawnictwo EneDueRabe

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłyśmy ze strony wydawcy, mamaplus.pl oraz www.lottageffenblad.se.

Projekt „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu” dofinansowano ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz.

 

Aston, z psów dojmujących, i jego skarby z marginesu

Ciągnie dziecko do lasu

Las dawał ludziom schronienie nim pojawiły się karczmy, zajazdy i osiedla, pałace
i apartamentowce. Dawał jeść, spać, ugrzać się, był, przez wzgląd na swoje mroki,
zapachy, chaszcze, wykroty, świsty i trzaski, idealnym miejscem akcji niezliczonej
liczby baśni i podań wszystkich narodowości.

Dziś las nie czaruje już tak jak niegdyś, co nam po nim, gdy z ekranu skaczą ku nam zwierzęta wszelkiej maści, i niewiele, ale to naprawdę niewiele, potrafi intensyw-
nością dorównać kolorom sztucznych barwników?

Las00.jpg

“Las zabaw” to poetycka, lecz nie przezroczysta, książka dla dzieci, w zasadzie bez
obrazów zwierząt, leksykonowego obrazowania funkcji poszczególnych pięter
przestrzeni, za to z ilustracjami od krawędzi do krawędzi – w pełni oddającymi
interesującą różnorodność – mikroskopijną i wielkoformatową lasu.

Ciekawe są melodie krótkich tekstów zamieszczonych obok ilustracji; Mateusz
Wysocki napisał wiersze bez dokładnych rymów, co otwiera wersy na rozmaite
wycieczki. Przypominają haiku, a każda z 15 impresji ma inny kierunek, każda mini-
opowieść zaczyna propozycja, dzięki której każdy może dostrzec i skorzystać z tego,
co być może czasem podczas spaceru w lesie nam umyka.

Las01.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

Co może nam zrobić wiatr w konarach drzew? Czym jest niski pomruk, miarowy
dźwięk? W jaki czas zaprowadzi nas mech? Do jakiego wielkiego wyjścia szykuje
się leciwy pająk? Obrazy namalowane przez Agatę Królak (graficzkę znaną
np. z autorskich “Robimisiów” czy “Wytwórnika”, oraz ilustracji w najlepszych polskich magazynach) zupełnie niezwykle oddają magię i nieprzeniknioność królestwa fauny
i flory.

Las02.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

W książce, która ukazała się w Wydawnictwie Czerwony Konik, prócz prozy poetyc-
kiej i urzekających, idealnie tajemniczych ilustracji możemy zająć się czymś jeszcze – czytaniem krótkich, nie znanych powszechnie informacji np. o grzybie, z którego można zrobić torebki, kapelusze, a nawet buty. Dodatkowe zadania autorzy zamieścili na dołączonej do książki mapie.

Las03.jpg
Autor tekstu, Mateusz Wysocki współpracował już z Agatą Królak przy okazji wydanej
trzy lata temu przez Ładne Halo książeczki “Skrytki”. Ma doprawdy dobry słuch:
zajmuje się muzyka elektroakustyczną, słuchowiskami i dub techno; swoje dźwięko-
we instalacje prezentował m.in. w Grecji, Irlandii, Włoszech i USA.

W kolejną niedzielę, 22. października wybierzemy się do lasu przy Lodowej, na Łazarzu.
Będzie można go powąchać, dotknąć i usłyszeć. Razem, więc na pewno wesoło.
Kiedy ostatnio spędziliście 1,5h w lesie?

Maria

Co więcej:

las – obszar z wieloma roślinami, a na pewno dużą ilością rosnących blisko siebie
drzew, inny na każdym kontynencie. W każdym lesie żyją różne zwierzaki i małe
rośliny np. mchy, borówki, wrzosy, paprocie, a także grzyby, które, jak wiadomo,
nie są ani roślinami, ani zwierzętami. Kiedyś grzyby zaliczano do roślin, jednak nie potrafiono orzec jak się żywią, skoro nie mają korzeni; Rzymianie sądzili, że trufle powstają z uderzenia pioruna, a Aztecy stawiali grzybom pomniki. Rośliny w lasach potrzebują dużo pić, i dlatego tam gdzie rosną lasy nie trzeba się martwić np.
o powodzie. Tam, gdzie dużo pada więcej jest łąk niż lasów. Na świecie są lasy
iglaste, liściaste i mieszane

bór – las, w którym wszystkie, lub co najmniej większość drzew to drzewa iglaste –
sosny, jodły, modrzewie, świerki, ale i liściaste – osika, jarząb i brzoza

knieja – wielki, gęsty las, w którym przebywa zwierzyna

puszcza – wielki, niezamieszkały teren porośnięty lasami lub borami. Rosną tam
nie tylko stare, potężne drzewa, ale i krzewy, drzewa mniejsze, bogate runo i młode
drzewa wyrosłe między pniami. W Europie ostatnią wielką puszczą (lasem),
przypominającą strukturą las pierwotny, są pozostałe fragmenty Puszczy
Białowieskiej. Dawno temu drzewostany w puszczy były bardzo bogate
i różnorodne

zagajnik – młody lub niewielki las

„Las zabaw”, Mateusz Wysocki
ilustracje: Agata Królak
Wydawnictwo Czerwony Konik, 2017.

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłyśmy ze strony wydawcy.

Projekt „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu” dofinansowano ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz.

Ciągnie dziecko do lasu

Podróżność w mieście, czyli architekt wchodzi na chmurę

Miastonauci to bohaterowie, których oglądamy w art-booku Tytusa Brzozowskiego,
ale również odbiorcy – uczestnicy kapitalnej przygody, jaką jest spotkanie z opowieścią graficzną wydaną przez “Babarybę”.

00Miastonauci.jpg
Znacie książki – bogate w ornamenty i najdrobniejsze szczegóły labirynty, w których należy odnaleźć trofea, skrzynie czy inne skarby, nie mówiąc o różnych postaciach? Przyznam, że nie posiadając już ani świeżego dziecięcego oczka, ani specjalnego zacięcia do zwiedzania zawiłych zaułków, bez wielkiego entuzjazmu zabrałam się do przeglądania tekturowej księgi. Otucha natychmiastowa – okładka. Kompozycja, liternictwo, inne rzeczy na których się nie znam, a które mnie ujmują, no, nie zapowiadają czegoś, co jest dla mnie równie męczące jak myśl o grze komputerowej. Czyli – sztuka niby dla dzieci, ale jakby dla miłośników np. tzw. dobrego plakatu też. Aha, ilustracje są namalowane akwarelami, i znów: żadne tam świetlistoblade pociągnięcia pędzelkiem, tylko soczyste
i apetyczne przenikające się barwy, które kreowaną perspektywą i głębią dają odpoczy-
nek zmysłom i rozumom.
Co zatem właściwie oglądamy, skoro autor nie podsuwa nam żadnych słów, a jednak wydał książkę?

01Miastonauci.jpg
Otóż na karty art-booka dostały sie przede wszystkim zabytkowe, rzec można, pocztówkowe budowle z polskich miast – najbliższej Tytusowi Brzozowskiemu Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Krakowa czy Poznania. Wiele postaci, ale ani
nie muszą udawać, że się czymś różnią (jak we współczesnych kreskówkach, głów-
nie kolorem włosów), ani, że nie różnią się wcale – nie musimy tego wiedzieć,
bo obrazy są skomponowane tak poetycko i surrealnie, że, jak w prawdziwym mieście prawdziwi przechodnie, bohaterowie opowieści w ogóle się nami nie interesują.
I my więc nie musimy od razu przejmować się konkretnymi figurami, naprawdę
nie ma tu żadnych wyraźnie rozpisanych konkursów na odszukanie kogoś czy czegośtam, sami decydujemy kogo zechcemy podpatrzeć i zrozumieć.

Pomysły autora, absurdalne , niemożliwe, trochę jak z miast antyutopii, trochę
jak z szachownicy, po której poruszała się Alicja wraz z królowymi, a trochę też niczym
z pozbawionych grawitacji obrazów René Magritte’a, obok którego również pogodnie kroczy Rafał Olbiński (w “Miastonautach” np. ogromna butelka z zawieszoną w środku kroplą mleka, ciężkie kamienice unoszące się na chudych nóżkach czy wielkie budziki
z tęczówką i źrenicą zamiast tarczy).

gdzie_jest_moja_siostra

Magritte.jpg

W imaginarium Svena Nordkvista niby też sporo,
jak i u, z całym szacunkiem Hieronima Boscha, scen rodzajowych, a ponadto balonów
z czaszą z gruszki (tu mamy balonowe kosze z imbryków), jednak miejskie, malarskie, miękkie i do końca nierozpoznane pejzaże mogą mieć równą, jeśli nie większą, moc urzekania.

02Miastonauci.jpg
Dla współczesnych kulturoznawców i socjologów, Tytus Brzozowski, architekt
i grafik, wraz z wydawnictwem Babaryba, przygotował coś specjalnego – plansze
z podkreślającymi się z pomocą kursora konturami różnych elementów ilustracji – obrazów. Bez obaw, komentarze do postaci są na tyle lakoniczne, że za nikogo
nie dopowiadają losów postaci, szczęśliwie natomiast upewniają piśmiennych dorosłych, fragment którego zabytku mają oto przed sobą.
Zajrzyjcie, proszę sami, na stronę Tytusa Brzozowskiego.

Co miasto Miastonautów ma wspólnego z poznańską dzielnicą Łazarz? O tym przeko-
najcie się z nami w najbliższą niedzielę na pierwszym spotkaniu z Domem Bajek w cyklu “Dom Bajek na Łazarskim Fyrtlu” (godz.11, siedziba Warsztatów Agaty
przy Lodowej 6).

Maria

„Miastonauci” Tytus Brzozowski
Wydawnictwo Babaryba, 2017.

Projekt „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu” dofinansowano ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz.

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłyśmy ze strony wydawcy oraz DailyArtDaily.com oraz http://www.book.hipopotamstudio.pl.

 

Podróżność w mieście, czyli architekt wchodzi na chmurę

Niech sen ten śni misie O pojedynku między Hopdzisiem i Tralalusiem a Zosią i Jasiem


Dziecko, nie walcz już z tym. Twoje powieki stają się ciężkie…

Zaklęcia, które wypowiadają rodzice marzący o tym, by ich potomkowie zdrzemnęli się choć przez chwilę. O tej nierównej walce nadzwyczajnie opowiada bajka pod znaczącym tytułem „Misie nie chcą spać”, napisana przez poetę, satyryka, prozaika i tłumacza, Ludwika Górskiego.

Opowieść, co stanowi dla rodziców awanturę (w rozumieniu przygody) toczy
się na co najmniej dwóch poziomach. Na wygodnym parterze dzieci poznają historię niedźwiedzich braciszków, którzy za nic nie chcą iść spać, aż wreszcie ich mamie udaje się przełamać ów opór fortelem. Bliźniaków jest w stanie rozpoznać jedynie kochająca mama; to dzieci zapewne lepiej rozumieją od nas. Inni, to znaczy dwoje pozostałych
z piątki bohaterów, rozróżniają braci tylko po słowach, których tamci nadużywają –
jeden miś kończy swe wypowiedzi zawołaniem „hopdziś!”, drugi zaś „tralala!”. Obaj,
co ciekawe, aż do końca książki również dla nas, czytelników i słuchaczy, pozostaną nierozpoznani, a to już, być może, utkwi w pamięci rodzicom.

Może z jednym wyjątkiem drobnej odmienności – jeden z tych niedźwiadków o nie-
poważnych przydomkach ma interesujący zwyczaj: na różne pytania swego brata, Hopdzisia, odpowiada „Wiem. Ale mi powiedz”. To, jak się wydaje, niezwykle psy-
chologicznie dotkliwa prośba: ileż razy zdarza mi się zakończyć odpowiedź na wiem, miast wysłuchać cudzego zdania? Albo też zgoła udać tylko, że wiem, i ze wstydu nie poprosić o wyjaśnienie?

Historia naprawdę wydaje się prosta: misie walczą ze snem, a im bardziej przekonuje się je, że czas spać, tym bardziej starają się ożywić, ze wszech sił broniąc się przed pójściem spać. Z przekory, z chęci przeżywania przygód, czy po prostu z żalu przed długą przerwą w życiu, które ulegnie zawieszeniu na całe sto dni zimowego snu.

Niebywale inteligentne maluchy łączą starania by przeciwdziałać siłom rozsądku repre-
zentowanym przez intruzów w świecie zwierząt, zaprzyjaźnione z rodziną misiów dzieci, Zosię i Jasia. Mama Hopdzisia i Tralusia bowiem sama jest już bardzo zmęczona i senna, umykają jej wątki, plączą się słowa, trudno jej ze znużenia nawet skończyć zdanie.

A żeby zapaść w porządny sen trzeba nazbierać dużo mchu i liści – tak, by legowisko było miękkie, przytulne i ciepłe. Proza przeplata się tu gęsto z rymowanymi kołysankami, przywoływanymi w wiadomym celu, weźmy takie wersy:

Dobre spanie i chrapanie
kiedy miękkie jest posłanie
O, jak 
dobrze
O, jak dobrze
Dobrze będzie spać.

Chociaż misie walczą wytrwale i wciąż próbują wywieść w pole swoich opiekunów,
w końcu same dają się zwieść własnemu fortelowi, czyli wymianie tożsamości
– udawanie , że Hopdziś jest Tralusiem, i na odwrót ma taki finał, że, zmęczone i coraz bardziej senne bliźniaki, tracą świadomość kto jest kim. Ich tożsamość staje się płynna, jak to często we snach bywa – raz patrzymy na rzeczywistość senną własnymi oczami,
a za chwilę widzimy siebie z perspektywy z zewnątrz.

Ponieważ główni bohaterowie – misie – nie są indywidualizowane w żaden inny sposób niż za pomocą przydomków, wraz z nimi tracimy orientację kto zacz. Słyszymy dwa głosy, lecz nic nam one nie mówią; podobnie zachowują się bohaterowie, których spotykamy np. W „Alicji po drugiej stronie lustra” (Tirli Bim i Tirli Bom) oraz, do pewnego stopnia, bohaterowie dramatów Becketta (Didi i Gogo) czy Dürrenmatta (Boby i Toby).

03Misie

Nie wiem, jak sprawy się mają w Waszym przypadku, ale moje sny często przypominają teatr groteski i absurdu. Co ciekawe, głos rozsądku i porządku (pod koniec bajki sta-
wiający się również ponad dorosłą mamą), czyli dialog Zosi i Jasia wybrzmiewa także
jak monolog wewnętrzny, ponieważ dzieci w zasadzie nie różnią się niczym, nie dowia-
dujemy się o nich niczego ponad to, że chcą pomóc misiowej mamie w zdyscypli-
nowaniu niesfornych synków. Oba owe dwugłosy – niedźwiadków i ludzi – wygłaszane
są zresztą niczym kwestie wypowiadane przez tradycyjne chóry komentujące wydarzenia rozgrywające się na teatralnej scenie.

Nie śmiejcie się, ale ja doszukałam się w „Misiach…” wątku kryzysu tożsamości: gdy półżywe ze znużenia walką ze snem misie rozpaczają, że nie wiedzą już, który jest którym – sama zaczęłam zastanawiać się, czy jestem na tyle silna, by wiedzieć kim jestem,
co różni mnie od innych, i czy daję się rozpoznać?

Problem bliźniaczych braci rozwiązuje miłość – mama misiów, której, choć jest już bardzo zmarnowana i zdenerwowana na uciekające przed snem dzieci – bez żadnego kłopotu udaje się rozpoznać swoich synków. Nie są jej potrzebne, często zwodnicze
i niebezpieczne, słowa; widzi to, co dla innych pozostaje zagadką.

Osobną wartość formalną książki stanowią ilustracje Ludwika Górskiego, wybitnego grafika i scenografa. Choć wydawałoby się, że narracja pozwala na najbardziej surrealne przedstawienia, na kartach opowieści widnieją utrzymane w stylu artysty, czytelne dla dzieci wizerunki figlarnych niedźwiadków oraz bardzo realistyczne rysunki liści, przez
co książka wydaje się być jesiennym zielnikiem. Natomiast co do języka – to dyktowany logiką snu, plecie się podobnie jak w mistrzowskim dziele dyktowanym logiką snu, „Alicji w krainie czarów” Lewisa Carolla. Mamy zatem w „Misiach…” na przykład powtórzone synonimami znaczenia: hultaje, urwipołcie, łobuzy, nicponie, wisusy, niecnoty; zbitki słowne jak hoplaladziśtra, czy wiele dziecięcych śpiewnych rymowanek.

Tę właśnie wyjątkową książkę będziemy czytać i oglądać w najbliższy czwartek między godziną 19-stą a 20-stą w Centrum Inicjatyw Rodzinnych przy ul. Ratajczaka
44 w Poznaniu. „Czytanki przed zachodem słońca” to jedno z wydarzeń największego
w Europie Festiwalu Literatury dla Dzieci; na czytando zaprasza Was Dom Bajek.
Nie obiecujemy, że pójdziecie potem prosto spać.

Drugi raz spotkamy się z tą wyjątkową książką podczas cyklu „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu”, na Lodowej 6 – 5 listopada między 11-12.30 (projekt dofinansowany ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz).

Maria

„Misie nie chcą spać” Ludwik Górski
ilustracje: Adam Kilian
Wydawnictwo Wartswy, 2017 [wznowienie]

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawcy.

 

Niech sen ten śni misie O pojedynku między Hopdzisiem i Tralalusiem a Zosią i Jasiem