ZIMOWO DOMBAJKOWO – cz. 4

Były książki o zimie i z zadaniami na zimowy czas. Przed nami Mikołajki, a potem prosta droga ku Świętom Bożego Narodzenia, zatem nie może tutaj zabraknąć motywów związanymi z celebrowaniem tego najbardziej magicznego i rodzinnego czasu. Tytułów jest sporo, te, które wybrałyśmy są nie tylko pachnące przyprawami korzennymi i rozświetlające od blasku świec, dają przede wszystkim otuchę. By mieć szczere otwarte serce, a wtedy wydarzyć się może Cud.

gc485ska-zuzia-i-pierwsza-gwiazdka.jpg

Petr Horacek
Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka
wyd. Babaryba

Opublikowana kilka lat temu niezwykle malarskiej urody książka obrazkowa z niewielką ilością tekstu (za to równolegle w języku polskim i angielskim), to dobry początek na czytanki przedgwiazdkowe. Historia bohaterskiej Gąski Zuzi rozpoczyna i kończy się wśród jej przyjaciół z zagrody – innych gęsi, krowy, świnki i osiołka. W chwili, gdy choinka w pełnej krasie staje nieopodal ich „mieszkania” wszyscy zauważają brak ozdoby na czubku świątecznego drzewka, a ponieważ na niebie wysoko goreje migocząca gwiazda Zuzia podejmuje decyzję o samotnej wędrówce i próbie ściągnięcia jej z nieba prosto na zieloną gałązkę.

Opowieść ma w sobie coś z dawnych poematów rycerskich, niezłomna Zuzia pokonuje kolejne przeszkody i nie zraża się porażką. Do momentu, gdy wśród szalejącej zamieci gubi drogę i dotkliwie zaczyna odczuwać swoją samotność. Nie na długo, bowiem z daleka nawołują ją zatroskani przyjaciele, dzięki którym odnajdzie drogę do domu. A gwiazda? Cóż, ona także ma do odegrania rolę w tej historii.

Czupieńki. GwiazdkaGerard Moncomble, Paweł Pawlak
Czupieńki. Gwiazdka
wyd. Media Rodzina

Są takie książki, do których wraca się po wielokroć, niezależnie od wieku dzieci. Takie, przy których wilgotnieją oczy, bo magia zawarta w prostej opowieści porusza najdelikatniejsze struny, tak zresztą wrażliwe o tej porze roku.

Czupieńkom – małym krasnalom (skrzatom?) w spiczastych kapeluszach dobrze się żyje w otulonym śniegiem lesie. Zgromadziły zapasy pokrzepidełka na zimę, przy piecyku leży solidna sterta drewna, przy łóżku kojąca lektura. W tą wymarzoną zimową scenerię wkracza nowy bohater, maleńka gwiazdka, która spadła z nieba. Z minuty na minutę traci siły i blask, a zatroskane Czupieńki załamują ręce, gdy wymyślane przez nich sposoby nie pomagają. Właśnie w tedy lekarstwo znajduje najmniejszy z nich, Tycipieniek, który jak się okazało ma największe serce i ramiona idealne do wtulania się.

Także i w tej historii, fantastycznie zilustrowanej przez Pawła Pawlaka, gwiazda nie jest li i jedynie ozdobą nieba. Finał jest bardzo wzruszający. I nieco wywrotowy. Cóż bowiem by nam pozostało, gdyby nie gorące serce Tycipieńka?

Zima Toli okładka

Anna Włodarkiewicz, Aleksandra Krzanowska
Zima Toli
wyd. Zielona Sowa

„Zima Toli” to czwarty tom opowiadań Anny Włodarkiewicz, wcześniej wydawnictwo Zielona Sowa opublikowało już trzy części poświęcone pozostałym porom roku. Dzięki temu wraz z małą, rezolutną kilkuletnią Tolą, bohaterką nieco inną od Basi, bardziej obserwującą i poetycką, możemy być świadkami spektaklu, który serwują nam kolejne etapu ewolucji przyrody.

W tomie zimowym nie braknie, a jakże, wątków Bożonarodzeniowych – rodzina, niedawno powiększona o maleńkiego chłopca – kuzyna Mikołaja, syna cioci Zochy i wujka Ziemka, spotyka się przy wigilijnym stole. W cieple domowej atmosfery Tola odkrywa, że przyjemniejsze od otrzymywania prezentów jest obserwowanie radości, jaką wywołują u najbliższych. Pozostałe opowiadania koncentrują się na szerokim spektrum doświadczeń, które przynosi zima – oto mama, najdzielniejsza z dzielnych, zostaje uziemiona w łóżku przez grypę. Oczekiwanie na wspólne wyjście na łyżwy zdaje się nie mieć końca, za to dbanie o osobę, która zazwyczaj dba o innych daje poczucie odpowiedzialności. W finale wątek nadchodzącej wiosny, zrzucania grubych kurtek i wdychanie orzeźwiającego powietrza.

Opowiadania zilustrowała Aleksandra Krzanowska, wybierając ciepły blask stonowanych kolorów oraz delikatny rysunek, tak się przyjemniej robi na sercu po lekturze tej książki.

Boże Narodzenie w Bullerbyn okładka

Astrid Lindgren, Ilon Wikland
Boże Narodzenie w Bullerbyn
Z tomu „Dzieci z Bullerbyn” lub „Bullerbyn. Trzy opowiadania”
Wyd. Zakamarki

Prostolinijne i szczere opowiadanie Lisy o zwyczajach panujących w najsłynniejszej z maleńkich osad, bo składającej się tylko z trzech zagród – Północnej, Środkowej i Południowej. Trzy skromne wigilie, lecz wspólne do nich przygotowania przynoszą dzieciom tyle szczęścia, ile same święta. Bullerbyn to jakby jedna wielka rodzina, w której malutka Kerstin, siostra Ollego cieszy się względami siostrzyczki wszystkich małych mieszkańców, a prawie nic nie widzący dziadziuś Britty i Anny zyskuje więcej
oddanych wnuków.

Okazuje się, że dla dzieci każdy szczegół jest ważny, „mama może nie zdążyć ze wszystkim. A wtedy to nie będzie prawdziwe Boże Narodzenie” – z takim niepokojem w wieczór przed wigilią kładzie się spać Lisa. Wystarczy jednak, że gdy się przebudzi, zobaczy widok zapalonego kominka i jaśniejącej choinki – i wszystko okazuje się być „takie cudowne”. Historia z Bullerbyn przypomina, że równie ważne co radosne podniecenie przed odkryciem niespodzianek-prezentów są dla dzieci, a zapewne i wielu dorosłych, stałe, przekształcające się w tradycje rodzinne, obyczaje i rekwizyty świąteczne. Odwiedziny sąsiadów z drobnymi prezentami, życzeniami i ciekawością, jak też u nich odmalowują się święta. Ceremoniały z ustalonym porządkiem – przy kaszy należy powiedzieć cos do rymu, w dużym pokoju wysłuchać opowieści o malutkim Jezusku, zaśpiewać „Cichą noc”, tańczyć wokół choinki. Po przeczytaniu tej historii, jak zresztą każdego rozdziału o Bullerbyn, chce się wytyczyć własną osadę, choćby na jedno Boże Narodzenie.

wigilia-mamy-mu-i-pana-wrony.jpg

Jujja Wieslander, Sven Nordqvist
Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony
Wyd. Zakamarki

Pan Wrona, bohater cyklu, którego gwiazdą jest krowa Mama Mu, przed świętami przypomina może nie dikensowskiego Ebenezera Scrooge’a, ale jest mu swym sceptycyzmem wobec magii świąt bardzo bliski. Gdy jego przyjaciółka (choć nie jest to
przyjaźń ani łatwa, ani oczywista) dzień przed wigilią w swej ciepłej oborze podskakuje, by następnego dnia gospodarz dostał miast mleka śmietankę, specjalista od pióropleksji wpada w panikę, że nie zdąży przygotować sam dla siebie prezentu („inaczej nic nigdy bym nie dostał!”).

Jest to przedziwna gra pozorów: nie dość, że rezygnuje z efektu niespodzianki, którą w naszym kraju potęguje się jeszcze pozaludzkim działaniem Mikołaja, to pakuje sam w różne papierzyska rzeczy zupełnie nieparadne, jak znaleziony w swojskim bałaganie jeden klocek lego czy kawałek kiełbaski… Siła obdarowywania okazuje się wszakże tak potężna, że nadawca i odbiorca w jednym wstaje w nocy, by gorączkowo rozpakować wszystkie „prezenty”.

Gdy rano przybywa do cieszącej się choinką Mamy Mu, smutny stwierdza, że dla niego – jest już po świętach. Rzecz jasna, historia skończy się zupełnie inaczej, i dzięki Mu ptak przeżyje prawdziwie wigilijne chwile, takie, które pamięta się jako pełne ciepła, światła i niedowierzania. Prezent od krowy będzie spektakularny, a jednak nie bardzo wymierny. Doczeka się dobrego gestu, doczeka się też wrażenia tego, co trudno opisać – harmonii, poczucia bezpieczeństwa, bliskiej więzi. Wszystkiego Dobrego!

goc59bcie-na-boc5bcc499-narodzenie.jpg

Sven Nordqvist
Goście na Boże Narodzenie
Wyd. Media Rodzina

Jedna z najpiękniejszych współczesnych opowieści o przygotowaniach do Bożego Narodzenia oraz samej Wigilii. Żeby było pięknie, nie zawsze musi być łatwo, a że jest to część serii o dziejach przyjaźni szwedzkiego staruszka Pettsona i jego kota, mówiącego, nicponiowatego Findusa, fabuła będzie i do śmiechu, i do łez wzruszenia i radości. Mróz wreszcie zelżał, i można ruszyć z zagrody – czas najwyższy! – po świąteczne zakupy. Odśnieżyć przejście, wybrać do lasu po upatrzoną choinkę. Niestety, sanki trafiają na ukryty pod białą pierzyną głaz, i gderliwa natura Pettsona może ukazać się nam w pełnej swej krasie. Findus reprezentuje tu wszelkie niecierpliwe, oczekujące z wielka nadzieją na świąteczne cuda, dzieci, jego pan zaś – pełną gamę przywar przypisywanych starości.

Zrozpaczony kot nie potrafi pogodzić się z tym, że z powodu kontuzji ŻADNYCH świąt nie będzie (czyli – ich widocznych znaków: choinki, ozdób, pierników ani marynowanego suszonego dorsza). Na święta są wszakże święcie-magiczne sposoby, i nie ma mowy o żadnej beznadziei: choinkę można zrobić i z kijka, ozdoby z kolorowych drobiazgów (np. z termometra, łyżeczki do herbaty czy lampki do roweru). Nic więcej mieć nie trzeba – prócz życzliwych sąsiadów, którzy nieproszeni odwiedzają kontuzjowanego, zmarzniętego i głodnego Pettsona z obrażonym i smutnym kotem, przynosząc najrozmaitsze specjały z własnych świątecznych domów.

Takiego odświętnego stołu Findus nie widział jeszcze nigdy; wcale nie zawsze święta muszą zapowiadać się magicznie by cudem się okazały. Do tego – jedyne w swoim rodzaju ilustracje, niosące wszystko co w tej historii najlepsze.

Frida Nilsson
Prezent dla Cebulki
Wyd. Zakamarki

W tym roku pojawił się już drugi nakład niezwyczajnej opowieści o zwyczajnym chłopcu i jego marzeniach; zerknijcie w inne internety, ileż jest czułych wpisów o Cebulce! Cebulka nie jest dziewczynką (podobnie jak nieznośny Rybka z opowiadania
Małgorzaty Musierowicz). Ma zapracowaną mamę, która dość kiepsko zarabia pisząc artykuły, marzenie o rowerze, takim jak mają choćby inni koledzy z klasy (uwaga: w sposób jawny za prezent pod choinkę w tej historii odpowiada mama), oraz jeszcze
większe, największe, najdawniejsze – marzenie o tacie. Tata Stiga, zwanego Cebulką, nie zginął, uwaga, mama chłopca poznała go w Sztokholmie na koncercie, i potem już nie miała ochoty go szukać. Mama pamięta tylko, że miał na imię Joppe i mieszkał na
jakiejś długiej ulicy.

Prezent dla Cebulki nie jest żadną miarą opowieścią z pogranicza publicystyki, skąd. Jednak swą siłę zawdzięcza z pewnością przenikliwości wielokrotnie nagradzanej za swoje książki szwedzkiej autorki (ur. 1979 r.) w ukazywaniu źródeł, procesów narastania i uśmierzania takich uczuć jak wstyd, samotność, tęsknota, zazdrość, rozpacz i bezradność.

Historia, jak na prawdziwą sztukę przystało, nie zdradza swoich kart również przed rodzicami, kończy się może nie tak idealnie jak w Sztuczkach, filmie Andrzeja Jakimowskiego, ale równie, moim zdaniem, mocno i wyzwalająco. Tekst idzie w parze ze świetnymi ilustracjami, a kto ma cierpliwość, może go dawkować rozdziałami zgodnie z kalendarzem adwentu – od pierwszego grudnia aż do Świąt. Ale nie znam nikogo, komu by się udało.

Basia i Maria

Reklamy
ZIMOWO DOMBAJKOWO – cz. 4

Podróżność w mieście, czyli architekt wchodzi na chmurę

Miastonauci to bohaterowie, których oglądamy w art-booku Tytusa Brzozowskiego,
ale również odbiorcy – uczestnicy kapitalnej przygody, jaką jest spotkanie z opowieścią graficzną wydaną przez “Babarybę”.

00Miastonauci.jpg
Znacie książki – bogate w ornamenty i najdrobniejsze szczegóły labirynty, w których należy odnaleźć trofea, skrzynie czy inne skarby, nie mówiąc o różnych postaciach? Przyznam, że nie posiadając już ani świeżego dziecięcego oczka, ani specjalnego zacięcia do zwiedzania zawiłych zaułków, bez wielkiego entuzjazmu zabrałam się do przeglądania tekturowej księgi. Otucha natychmiastowa – okładka. Kompozycja, liternictwo, inne rzeczy na których się nie znam, a które mnie ujmują, no, nie zapowiadają czegoś, co jest dla mnie równie męczące jak myśl o grze komputerowej. Czyli – sztuka niby dla dzieci, ale jakby dla miłośników np. tzw. dobrego plakatu też. Aha, ilustracje są namalowane akwarelami, i znów: żadne tam świetlistoblade pociągnięcia pędzelkiem, tylko soczyste
i apetyczne przenikające się barwy, które kreowaną perspektywą i głębią dają odpoczy-
nek zmysłom i rozumom.
Co zatem właściwie oglądamy, skoro autor nie podsuwa nam żadnych słów, a jednak wydał książkę?

01Miastonauci.jpg
Otóż na karty art-booka dostały sie przede wszystkim zabytkowe, rzec można, pocztówkowe budowle z polskich miast – najbliższej Tytusowi Brzozowskiemu Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Krakowa czy Poznania. Wiele postaci, ale ani
nie muszą udawać, że się czymś różnią (jak we współczesnych kreskówkach, głów-
nie kolorem włosów), ani, że nie różnią się wcale – nie musimy tego wiedzieć,
bo obrazy są skomponowane tak poetycko i surrealnie, że, jak w prawdziwym mieście prawdziwi przechodnie, bohaterowie opowieści w ogóle się nami nie interesują.
I my więc nie musimy od razu przejmować się konkretnymi figurami, naprawdę
nie ma tu żadnych wyraźnie rozpisanych konkursów na odszukanie kogoś czy czegośtam, sami decydujemy kogo zechcemy podpatrzeć i zrozumieć.

Pomysły autora, absurdalne , niemożliwe, trochę jak z miast antyutopii, trochę
jak z szachownicy, po której poruszała się Alicja wraz z królowymi, a trochę też niczym
z pozbawionych grawitacji obrazów René Magritte’a, obok którego również pogodnie kroczy Rafał Olbiński (w “Miastonautach” np. ogromna butelka z zawieszoną w środku kroplą mleka, ciężkie kamienice unoszące się na chudych nóżkach czy wielkie budziki
z tęczówką i źrenicą zamiast tarczy).

gdzie_jest_moja_siostra

Magritte.jpg

W imaginarium Svena Nordkvista niby też sporo,
jak i u, z całym szacunkiem Hieronima Boscha, scen rodzajowych, a ponadto balonów
z czaszą z gruszki (tu mamy balonowe kosze z imbryków), jednak miejskie, malarskie, miękkie i do końca nierozpoznane pejzaże mogą mieć równą, jeśli nie większą, moc urzekania.

02Miastonauci.jpg
Dla współczesnych kulturoznawców i socjologów, Tytus Brzozowski, architekt
i grafik, wraz z wydawnictwem Babaryba, przygotował coś specjalnego – plansze
z podkreślającymi się z pomocą kursora konturami różnych elementów ilustracji – obrazów. Bez obaw, komentarze do postaci są na tyle lakoniczne, że za nikogo
nie dopowiadają losów postaci, szczęśliwie natomiast upewniają piśmiennych dorosłych, fragment którego zabytku mają oto przed sobą.
Zajrzyjcie, proszę sami, na stronę Tytusa Brzozowskiego.

Co miasto Miastonautów ma wspólnego z poznańską dzielnicą Łazarz? O tym przeko-
najcie się z nami w najbliższą niedzielę na pierwszym spotkaniu z Domem Bajek w cyklu “Dom Bajek na Łazarskim Fyrtlu” (godz.11, siedziba Warsztatów Agaty
przy Lodowej 6).

Maria

„Miastonauci” Tytus Brzozowski
Wydawnictwo Babaryba, 2017.

Projekt „Dom Bajek na łazarskim fyrtlu” dofinansowano ze środków Rady Osiedla Święty Łazarz.

Ilustracje do tekstu zaczerpnęłyśmy ze strony wydawcy oraz DailyArtDaily.com oraz http://www.book.hipopotamstudio.pl.

 

Podróżność w mieście, czyli architekt wchodzi na chmurę

Proponuję Przejażdżkę. Książki o przejazdach i pojazdach

Po raz drugi spotkamy się na naszych warsztatach (tym razem w wakacyjnym, podwórkowym cyklu „Święty Marcin Czyta Dzieciom”) z rezolutną i rozbrajającą
Basią, tytułową postacią „Basi i podróży”.

Myślałby kto, że wyprawa autem w piękne polskie góry, gdzie konie się pasą i potoki szumią, to świetna okazja do napisania dydaktycznego panegiryku na cześć zalet polskiego krajobrazu i wartości turystyki familijnej.

Od miesiąca trwają przygotowania do rodzinnego, świątecznego wypadu w góry. Gdy Basia pakuje najpotrzebniejsze rzeczy (kapcie z pieskami, plastelinę, lizaka od Dziadka Henryka…) pojawia się pierwsza przeszkoda: tata musi zostać w pracy. Rozwiązanie: trójkę zasmuconych dzieci zabierze samochodem mama.

Dalej, jak w porządnym, choć ledwo utrzymującym się w kanonie kina familijnego, amerykańskim filmie o podróżującej autem rodzinie, są już niemal same przeszkody. Prawdę mówiąc, z powodu wizji wyprawy opisanej w książce, niektórym śnią się podob-
ne przygody i przed, i po wycieczce.

Przedmioty nie trzymają się tam, gdzie powinny, bo maja kontakt z ludźmi.
Dzieci nie są „grzeczne”, bo nie mogą.
Samochód nie zachowuje się godnie, bo niby dlaczego.
Mama zachowuje daleko posunięty spokój.

Czytamy „Basię i podróż”, ponieważ opowiadanie przygotowuje i dzieci, i dorosłych
na to, czym prawdopodobnie stanie się wspólna wyprawa najbardziej popularnym
i, zadawałoby się, komfortowym, środkiem lokomocji. Jakie czyhają na wszystkich pułapki, jak radzić sobie z nudą i emocjami; historia jednak nie frustruje, a śmieszy.

Jako drugą książkę będziemy chciały Wam przedstawić coś, co, ze względu na swą objętość i rozmiar tekstu, wydawałoby się pozycją skierowaną dla młodszych dzieci, jednak z uwagi na jakość ilustracji oraz angielskie tłumaczenia, może zachwycić również przedszkolaków.

Kto00

„Kto prowadzi?/Who’s driving?” zilustrował (bowiem przez pierwsze 10 lat zajmował
się jedynie ilustracją dla dzieci) i napisał Belg, Leo Timmers. W tym wydawnictwie najważniejsze są wybitne kolorowe rysunki oraz zagadki, które zawarte są w pytaniach.
I te rysunki nie są ani abstrakcyjne, ani hiperrealistyczne, ani fowistyczne, ani w żaden sposób niewyraźne czy metaforyczne – są po prostu historiami samymi w sobie, humo-
rystycznymi i w pełni zadowalającymi oko młodsze i starsze. Do różnego rodzaju pojaz-
dów zmierzają ochotnym krokiem różne spersonifikowane zwierzaki, poprzebierane
w odpowiednie dla swych hobby, statusu czy profesji, do czytelnika zaś należy odgadnięcie, które z nich trzyma kluczyk do zaparkowanego środka transportu.
I naprawdę, znalezienie odpowiedzi nie musi trwać wcale krótko.

Przepraszam, ale doprawdy zwyczajnie nie mogę czytać książeczek z najbardziej popu-
larnych serii o Kopareczkach Śpioszkach, ze stającymi w gardle rymami i dyskusyjną grafiką. Dzieło Timmersa zaszczyca zaś wszystkich – chłopców, dziewczynki, dorosłych.

Tekstu niewiele, więc zasadny jest angielski, tym bardziej, że można dowiedzieć się,
jak w języku Shakespeara „robi” kabriolet, a jak traktor. Ostatnie pytanie było dla mnie,
nie mogącej się pogodzić z tym, że książka się już kończy, prawdziwym kołem ratun-
kowym.

Sami – na warsztatach w sobotę, 29.7., na naszym Podwórku o 12-ej – zobaczcie, dlaczego!

Maria

Więcej nowych książek o pojazdach w zasobach Biblioteki Domu Bajek:
„Auto Ferdynand”, Janosch, Wyd. Format;
„Co robią auta”, seria „Opowiem Ci, Mamo” Marcin Brykczyński, Artur Nowicki, Wyd. Nasza Ksiegarnia;
„Prawda o tramwajach”, Światopełk Karpiński, Wyd. Muchomor;
„Pracujące pojazdy. Hej ho!” Taro Miura, Wyd. Tako;
„Pracujące pojazdy. Zostaw to mnie” Taro Miura, Wyd. Tako

Spotkanie odbywa się w ramach cyklu „święty Marcin czyta Dzieciom”. Projekt dofinansowano w ramach Konkursu Mikrodotacji Centrum Inicjatyw Lokalnych Poznań 2017.

Fotorelacja z pierwszego spotkania tutaj.

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawców oraz zasobów własnych.

 

Proponuję Przejażdżkę. Książki o przejazdach i pojazdach

Dwujęzycznie – co na prezent?

Żyjemy w czasie, w którym geograficzne odległości stają się niemal niezauważalne,
a to, co kiedyś dzieliło ludzi tygodniami czy miesiącami podróży skróciło
się do kilkunastu godzin. Coraz więcej rodzin to małe mikrokosmosy, w których spotykają się różne kultury, różne języki i kraje pochodzenia. I coraz częściej
staję przed dylematem, co dać w prezencie Dzieciom moich Przyjaciół, którzy żyją
poza granicami Polski lub dzielą rodzinną przestrzeń życiową z obcokrajowcem.

Odpowiedzi na to wyzwanie są dwie – możemy zaufać magii ilustracji i zainwestować
w książki obrazkowe, których na szczęście coraz więcej i w coraz lepszym gatunku
na polskim rynku wydawniczym. Treść, którą przekażemy Małemu Czytelnikowi jest zależna wtedy od nas i naszej wyobraźni, może stać się polem wielu eksperymentów, także językowych. Obraz broni się sam, choć „czytanie” takich książek wymaga elastyczności i świeżości umysłu. I na pewno swoistej erudycji – by umiejętnie
rozwinąć to, co już nam zostało zaserwowane.

Drugim rozwiązaniem są książki dwujęzyczne (lub wielojęzyczne) i im właśnie
chciałabym poświęcić ten tekst. Nie jestem filologiem, więc trudno oceniać
mi wartość merytoryczną tłumaczeń, mnie cieszy przede wszystkim warstwa wizualna
i nietuzinkowość książek, które wybrałam do ilustracji tego tekstu. Od razu zaznaczam, że moja selekcja ma charakter czysto subiektywny i z pewnością niepełny, więc
z przyjemnością proszę o komentarze i podpowiedzi, jeśli przeoczyłam pozycję
wartą szczególnej uwagi.

Wśród książek, które nasunęły mi się jako ilustracje do tego tekstu są albo
wznowienia pozycji już znanych, które wpisały się w historię polskiej literatury
dziecięcej, a przetłumaczone mogą cieszyć nowe szersze grono Czytelników, albo projekty autorskie, napisane i zilustrowane przez tą samą osobę – idąc
tym tropem podzieliłam je na dwie grupy.

Grupa pierwsza to współczesne reedycje wartościowych książek.


„Lokomotywa. The Locomotive. Die Lokomotive”
, Julian Tuwim
Ilustracje: George Him i Jan Le Witt
Wydawnictwo Universitas i Instytut Książki, 2013
Tekst w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Klasyczny utwór jednego z największych okraszony ilustracjami duetu grafików George’a Him (Jerzego Himmelfarba) i Jana Le Witt (Lewitt). Obrazy powstały w latach 30. XX wieku i są przykładem grafiki wysokiej klasy, wznowione znów mogą cieszyć kolejne pokolenie miłośników rytmicznego wiersza. Tym razem polski tekst został uzupełniony
o tłumaczenie na język angielski i niemiecki, co razem stanowi potrójną jakość.
Na stronie wydawcy możemy przeczytać, że publikacja dedykowana jest pamięci Albrechta Lemppa (1953-2012), promotora literatury polskiej na świecie.

http://www.universitas.com.pl/ksiazka/Lokomotywa__The_Locomotive__Die_Lokomotive_3215.html

Lokomotywa 02


„Kurczę blade! What a cheek!”
, Wanda Chotomska
„Smok ze Smoczej Jamy”, Wanda Chotomska
Ilustracje: Edward Lutczyn
Wydawnictwo Babaryba, 2010 i 2015
Tekst w języku polskim i angielskim.

Te dwie książki to prawdziwa gratka dla miłośników kreski Edwarda Lutczyna – możliwości współczesnego druku dały książki o mocnej, nasyconej barwie, opublikowane w formie kartonowej, co nie pozostaje bez znaczenia, jeśli marzymy
o tym, by książka przetrwała dłużej w nieobliczalnych rękach Małego Czytelnika.
Obie pozycje to pełne humoru zestawienie poezji Wandy Chotomskiej, której
zachwalać nie trzeba z komiksowymi i żartobliwymi ilustracjami Lutczyna o nieco karykaturalnym charakterze. Niejednemu łezka się w oku zakręci 🙂

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/KURCZE-BLADE-What-a-cheek-Wanda-Chotomska-Edward-Lutczyn/114

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/SMOK-ZE-SMOCZEJ-JAMY-Wanda-Chotomska-Edward-Lutczyn/116

 

 

I grupa druga – autorska, pełna niezwykle ciekawych i wartych uwagi publikacji.


„Kici kici, miau miau”
, tekst i ilustracje Józef Wilkoń
Wydawnictwo Hokus-Pokus, 2014 (wyd. II, poszerzone o tłumaczenie na język angielski)
Tekst w języku polskim i angielskim.

Józefa Wilkonia przedstawiać nie trzeba, rzadko który artysta ma tak szeroki dorobek twórczy, jak ten autor. W małej kołysance o niesfornym kotku zabawny jest i rymowany tekst (tłumaczce Antonii Lloyd-Jones należą się niskie ukłony!) i „wilkoniowate” zamaszyste ilustracje wymalowane z wdziękiem i lekkością tak charakterystyczną
dla Mistrza. Plamy barwne zlewają się ze sobą, by za chwilę tworzyć nowe formy
na pograniczu abstrakcji, a subtelnie i oszczędnie dobrany kolor pozwala stworzyć
nową jakość. To dobry wybór nie tylko dla miłośników kotów czy rymów.

http://www.hokus-pokus.pl/ksiazka/48/index.html

 

„Zimowe popołudnie”, tekst i ilustracje Mandana Sadat
Wydawnictwo Czerwony Konik, 2008
Tekst w języku polskim i angielskim.

Mam do tej książki duży sentyment, kupiłam ją na kilka lat przed tym, nim sama zostałam mamą i czekałam na moment, by móc ją czytać własnemu Dziecku. Historia prosta, ale pełna silnych emocji i wzruszeń – oczekiwanie na powrót najważniejszej osoby i ogromna radość z bycia razem, wszystko w zimowej aurze. To opowieść ilustracyjnie bardzo oszczędna, niemal abstrakcyjna, choć pojawiają się w niej wyjątkowe momenty – malowane paluszkiem na zamarzniętej szybie ornamenty
czy subtelne przechodzenie zimowego dnia w rozgwieżdżoną mroźną noc. Miasto,
w którym dzieje się ta historia urzeka malarskością i rytmem subtelnych barw oddających poezję prostej, acz pięknej historii. Czytałam ją Dzieciom w różnym wieku, począwszy od Maluszków po Przedszkolaki i każdy znalazł w niej cząstkę dla siebie.

http://www.czerwonykonik.pl/s/ksiazka/3

 

 

„Harold i fioletowa kredka”, tekst i ilustracje Crockett Johnson
Wydawnictwo Media Rodzina, 2010
Tekst w języku polskim i angielskim.

Oszczędna, a jednocześnie bardzo działająca na wyobraźnię historia tytułowego chłopca Harolda wyrysowana jest za pomocą fioletowej kredki, której kreska jest pretekstem
do budowania akcji książki. Harold, niczym mały Piotruś w dobrze nam znanym filmie animowanym „Zaczarowany ołówek”, strona po stronie kreśli ciąg wydarzeń
z pogranicza jawy i snu. Tym razem warstwa ilustracyjna (mająca w sobie dużo uroku nie tak młodego już obrazu, książka powstała bowiem w 1955 roku) jest ograniczona naprawdę do minimum, aczkolwiek doskonale współgra z narracją opowieści. I z jednej strony podpowiada nam rozwiązanie tej historii, a z drugiej pokazuje, jaką moc
ma sztuka, a dokładniej nasza dłoń, w której trzymamy kredkę. Proste, prawda?
I takie oczywiste dla Małego Człowieka, a jakże nieoczywiste dla Dorosłego…

https://mediarodzina.pl/prod/147/Harold-i-fioletowa-kredka

 

„Kto prowadzi”, tekst i ilustracje: Leo Timmers
Wydawnictwo Babaryba, 2014
Tekst w języku polskim i angielskim.

Warszawskie wydawnictwo Babaryba ma w swoim repertuarze niejedną książkę dwujęzyczną, poza opisanymi wyżej publikacjami duetu Chotomska – Lutczyn proponują nam także „Kto prowadzi” belgijskiego twórcy dla Dzieci, Leo Timmersa. Narracja książki opiera się na pytaniach i typowaniu, który z przedstawionych bohaterów jest kierowcą danego pojazdu. Interesujący jest nie tylko w gruncie rzeczy prosty zabieg, którego atutem jest budowanie napięcia i zaangażowanie czytelnika, ale także efekty dźwiękowe, zabawa słowami oraz obrazy narysowane realistycznie i humorystycznie zarazem. Dzięki tekstowi w języku angielskim będzie to pretekst do zabawy na dłużej.

http://babaryba.shoparena.pl/pl/p/KTO-PROWADZI-Whos-driving-Leo-Timmers/101

 

Postanowiłam przywołać w tekście także publikację dwujęzyczną innego rodzaju –
to raczej książka – zabawka stymulująca do nauki języka obcego.


„Moja pierwsza książka o słowach”
, tekst i ilustracje Eric Carle
Wydawnictwo Tatarak, 2011
Tekst w języku polskim i angielskim.

Eric Carle to także niemal człowiek – instytucja. Zasłynął przede wszystkim jako autor bestsellera wśród książek dla Dzieci – „Bardzo głodnej gąsienicy”. Jak ważna to pozycja świadczy między innymi ikona Google, która w 40. rocznicę publikacji książki została tymczasowo zaprojektowana na jej wzór. W Polsce książki Erica Carle publikuje wydawnictwo Tatarak. Wśród dostępnych tytułów znajdują się i książki „angażujące”,
w tym właśnie „Moja pierwsza książka o słowach”. Wydrukowana na mocnym kartonie podzielona jest nie tylko na strony na sposób klasyczny, każda strona
składa się jeszcze z dwóch części. Zadaniem Czytelnika jest dopasowanie słów w języku polskim i angielskim do odpowiedniej ilustracji. Zabawa z książką staje się pretekstem do nauki języka obcego miłą i prostą metodą, niemalże mimochodem. Jednak nie tylko konstrukcja książki jest jej atutem – trudno pozostać obojętnym wobec ilustracji Erica Carle, który w doskonały sposób opanował energię pulsujących barw i zamaszystość nakładania farby. Obrazy, które kreuje są z jednej strony proste, syntetyczne, nawet zbliżające się do abstrakcji, nie jest to jednak geometryczny minimalizm, a ekspresyjna
i bogata fakturowo forma.

http://tatarak.com/en/ksiazki-od-1/5-moja-pierwsza-ksiazka-o-slowach-9788393256112.html

Carle Gąsienica
Źródło ilustracji: en.wikipedia.org 

 

Można sobie zadać pytanie, czy potrzebujemy takich publikacji, czy nie ma ich zbyt
mało. I czy rzeczywiście spełniają swoją rolę – książki, która nie tylko cieszy i bawi,
ale także edukuje. Osobiście mam wśród Przyjaciół osoby będące w związkach
różnych narodowości i to im dedykuję ten tekst z dużą chęcią obdarzając
tymi właśnie książkami. I nadal wypatruję kolejnych publikacji.

Basia

 

Dwujęzycznie – co na prezent?