Pokoje po drugiej stronie lustra

 

Pokoje po drugiej stronie lustra

8 maja przypada Dzień Bibliotekarza i Bibliotek, a o nich w “Basi i bibliotece” Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak.

Takie wydają mi się własnie biblioteki. Czasami wejścia do innych czasoprzestrzeni
są dobrze ukryte, niczym furtka prowadząca do tajemniczego ogrodu w opowieści Frances Hodgson Barnett. Pamiętam oschłe szeregi grzbietów książek owiniętych
w szary papier albo powyciąganą przezroczystą folię; oryginalne literki tytułów ukrywały się pod brudnymi plastrami z jakimiś hieroglifami sygnatur. Czułam, że dostęp do dzieł płynących z wyobraźni wielu ludzi utrudnia mi coś w rodzaju glinianej skorupy, nawet
w swej istocie proste i pocieszne historyjki zyskiwały pozory wyniosłości, czegoś,
co odtrąca moją powodowaną dziecinnym wszędobylstwem, sięgającą w kierunku
półki rękę. Wtedy wszystko zależało od królowej Krainy Opowieści – Pani Bibliotekarki.

 

OOMama Mu
„Mama Mu czyta”, Jujja Wieslander, Sven Nordqvist, Wydawnictwo Zakamarki 2012

Moja ukochana Pani Bibliotekarka panowała nad zbiorem tzw. biblioteki dolnej
w podstawówce nr 73 na poznańskim Sołaczu. W rzeczy samej zachodziło tam niewielu uczniów, bo to w tzw. bibliotece górnej znajdowały się wszystkie, odziane
w doprawdy wyniosłe i nierozmowne szare papiery, szkolne lektury. Wąskimi scho-
dami na najwyższą kondygnację wspinałam się lękliwym truchcikiem tylko wtedy, gdy
u “mojej” Pani Biblioteki Dolnej jakiejś obowiązkowej lektury brakowało. Nie pamiętam, by “na górze” było coś innego od owych pokrzywdzonych burymi okładkami książek; zmuszanie ich do przebywania tylko w swoim towarzystwie zdawało mi się jakoś bezlitosne.

Wybaczcie, że ciągnę wątek osobisty, wszakże czuję wewnętrzną potrzebę utrwalenia postaci Pani Bibliotekarki z jednej z mrowia poznańskich “tysiąclatek”.
Do jej siedziby szło się naprawdę ponurymi korytarzami, pamiętam, że w pewnej
ich części nikomu nawet nie chciało się zmienić zepsutej żarówki, obok wejścia
do biblioteki znajdowały się drzwi jakiegoś schronu (poważnie), i można tam było wejść tylko trzy razy w tygodniu. W ośmioletniej podstawówce miałam sporo koleżanek
i kolegów, a nawet przyjaciółek, wszelako samotne spacery przez mroczne labirynty stanowiły dla mnie interesującą, i wiadomo, nieco snobistyczną, odmianę od rutyny szkolnych pauz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
„Ignatek szuka przyjaciela”, Paweł Pawlak, Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” 2015

 

O, nie była ona, Pani Bibliotekarka, wylewna. Przeciwnie, owa pani w wieku nieokreś-
lonym, o maskującym wyglądzie nietypowej intelektualistki raczej milczała, w ciszy wskazywała mi tylko odpowiednie dla mnie jej zdaniem grzbiety i okładki. Bez żadnego świergolenia o treści, często z dalekim od zachwytu westchnieniem ileż to można łykać książek na tydzień. A jednak znała mnie dobrze, i czasem uśmiechała
się pod nosem.

Innych bibliotek nie pamiętam, może poza tymi, które z rodzicami odwiedzałam podczas wakacyjnych pobytów w nadmorskich i górskich kurortach. Ile bowiem książek można było wpakować w mały samochód? Wiadomo, że pogoda często sprzyjała pobytom w dość obskurnych ośrodkach. Tato zasilał lektury swojej nieco neurotycznej córki stosami historii zbieranymi w bibliotekach szpitali, w których pracował, miałam wrażenie, że prócz wszelkich wariacji na temat przygód polarników, Indian i eksplorerów dżungli i mórz, troskliwe panie bibliotekarki zdołały przemycić spora ilość pozycji dla dorastających panien. Ach, jak bardzo osładzały mi one zwyczajowo dwutygodniowe choroby obłożne.

00Basia0
„Basia i biblioteka”, Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Wydawnictwo Egmont 2016

I ostatni wtręt prywaciarski: otóż moja Babcia, pozbawiona wszystkiego podczas wojny panna z dworku, gdy już została sama z siostrą i dziećmi, skorzystała ze swojej zdobytej na pensji ogólnej ogłady i wykształcenia zatrudniając się w bibliotece właśnie.
Z nieudawaną przyjemnością czytała mi różne historie; później, gdy nie potrzebowałam już pośrednika, przyjęła zwyczaj czytania moich lektur jako druga. Żeby wiedzieć, kim
się staję. Ponieważ, jak pod koniec życia wyznał francuski filozof Paul Recour każda kolejna książka, którą czyta, zmienia jego obraz świata; wydaje mi się to prawdą
z gatunku głębokich.

Kim jest Basia?

Jest pierwszorzędną dziewczynką, która chodzi do przedszkola; jest też tytułową bohaterką niemal 30-stu książeczek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Przedszkole
z opowiadań jest “prawdziwe”, tak jak “prawdziwa” jest rodzina Basi. Znaczy to, że daleko im do bohaterów fantastycznych przygód z baśniowymi wątkami, i choć zakończenia
nie są dramatyczne, życie bohaterów to nie jest pasmem wymyślnych perypetii. Sytuacje i postacie przedstawione są realistyczne – dzieci z reguły nie są niegrzeczne,
a dorośli grzeczni.

00Basia00.jpg

Oto komentarz autorki serii:

Ważne jest, żeby wiedziały (dzieci – M.K.), że nie ma nic złego w odczuwaniu trudnych emocji, ale że z takimi emocjami jakoś trzeba sobie poradzić – i to bez krzywdzenia innych ludzi. Kłótnia nie jest tu najlepszym rozwiązaniem. Kiedy się jednak zdarzy, też można z niej jakoś wybrnąć. To naszą postawą wobec konfliktów, a nie udawaniem, że ich nie ma, możemy pomóc dzieciom w „oswajaniu” trudnych spraw.*

Proszę sobie też wyobrazić, że w “Basiach” podejmuje się na serio dość rzadko poruszane w rozmowach z dziećmi tematy pieniędzy czy szpitali – zawsze dotykając istoty problemu, i za każdym razem równocześnie z niespotykaną lekkością pióra i poczuciem humoru.

00Basia1

Autorka ilustracji uznała za ważne, by postać Basi nie była przestylizowana, żeby dla dzieci była swojska i czytelna, mocno osadzona w realistycznym “tu i teraz”. Basia ma wystający brzuszek i niezbyt dbale założone rajstopki, dłubie w czymś palcem,
a kiedy rysuje nie zawsze chce jej “pracować wyobraźnia”. Tak naprawdę, trochę
kojarzy mi się z Pulpecją Małgorzaty Musierowicz, w której sadze o rodzinie Borejków bohaterzy są równie barwni, choć z tego świata.

Seria historii o małej Basi to prawdziwie użyteczna, również dla zmysłu estetycznego, lektura. W przededniu święta Bibliotekarza i Bibliotek będziemy świętować wizytę Basi razem z jej przedszkolnym towarzystwem w Bibliotece.
Kogo tam spotka? Co zmaluje? I co po wyjściu przyjdzie jej do głowy?

Zapraszamy, odwiedźcie nas w Domu Bajek przy Lodowej 6, w niedzielę 7-ego maja.

Będziemy na Was czekać.

Maria

* https://www.superkid.pl/basia-wywiad

00Basia.jpg

 

 

 

„Basia i biblioteka”, Zofia Stanecka
ilustracje: Marianna Oklejak
Wydawnictwo Egmont

Ilustracje zaczerpnęłyśmy ze stron wydawnictw i z zasobów własnych.

 

 

 

Reklamy
Pokoje po drugiej stronie lustra

Sklepy z różnymi światami


Sklepy z różnymi światami.

A wcale bo umiem zliczyć do pięciu!

Nie, na zbliżającym się spotkaniu Domu Bajek nie będziemy używać mowy zaafe-rowanych młodziaków. Będziemy za to opowiadać sobie o zwiedzaniu miejsc
z wystawami najróżniejszych przedmiotów (choć nadal nie nazywałybyśmy ich
galeriami, nu, nu, nu).

Matki, ojcowie, uśmiechnijcie się – książki, które weźmiemy na warsztat – obrazkowe dzieło małżeństwa koreańskich artystów Jae-hyuk Cha i Eun-young Choi “5 złotych”
oraz “Sklepy” Joanny Guszty i Maćka Blaźniaka – nie przypominają miesięczników poświęconych 236 rzeczom, które koniecznie trzeba kupić jak najprędzej.

To są właściwie książki podróżnicze, pokazujące jak niezwykle zajmującą wyprawą
może być zwykły spacer np. z przedszkola do domu.


W zupełnie nadzwyczajnie  (przepraszam za oksymoron)  zilustrowanej historii
o “5 złotych”, tytułowa moneta pełni rolę swojego rodzaju biletu na ekspedycję
po miejskich krajobrazach. No właśnie, bo są to raczej pejzaże niźli pyszniące się towa-rami wnętrza. Niewielki, gustownie obcięty bohater nie ma potrzeby otwarcia żadnych sklepowych wrót, całkowicie wystarczają mu malownicze, choć nie kiczowate, wypełniające witryny obrazy. Autorzy postanowili zrezygnować z wyrysowywania drobiazgów, jaskrawo-katalogowych szczegółów produktów; w perspektywie ulicznej ważni są też przechodnie, nikt jednak ani nic nie jest do końca realistyczne, wszystko może przejść i pojawić się wszędzie.

Zatem mamy dziarskiego chłopca, który przez 10 pierwszych stron szuka zajęcia
w okolicach salonowej kanapy. Mija go zarys mamy krzątającej się mamy, z kadru
ucieka siostra z tornistrem, widać też kawałek szykującego się do pracy taty. Stałym elementem krajobrazu owej sceny rodzajowej we wnętrzu jest zaiście malowniczo chrapiący w fotelu dziadek;  upływ czasu rejestruje filiżanka stygnącej herbaty. Świadkiem ratunkowego znaleziska jest jedyny żywotnie zainteresowany chłopcem bohater, pies.


Ale chłopiec rusza w świat sam (czy ty, moje dziecko, zrobiłobyś to samo? A przy
okazji: transakcje ludzi do lat 13 prawo uznaje za nieważne, z wyjątkiem jednej kate-
gorii, o której w finale “5 złotych”). Co go zainteresuje po drodze? O kim może myśleć przyglądając się kolejnym wystawom? A ile za te produkty są w stanie zapłacić ludzie
i dlaczego w ogóle lubią, czy też czują, że muszą chodzić na zakupy? Warto iść jego śladem, zajrzeć mu przez ramię. Wygląda na tak dobrze osadzonego w swoim wewnętrznym i zewnętrznym świecie, że chyba się nie obrazi.

Kolejny artystyczny tandem współpracujących ze sobą w wydawnictwie Ładne Halo Joanny Guszty i Maćka Blaźniaka opowiada o czynieniu zakupów z mamą. Tu również
nie musimy wchodzić do środka, wystarczająco do tego zachęcają witryny i stojący przed wejściami sprzedawcy. Po drodze możemy wykonać zadanie: odznaczyć listę zakupów z przedniego skrzydełka okładki (dokąd zajść po petunię? tamburyn? obwarzanki?).

Sklepy03

Narratorem jest chłopiec, który wyjaśnia dlaczego tak lubi chodzić na zakupy z mamą.
I teraz powiem coś od siebie – z tych samych powodów, dla których lubię to robić
ja (nawet sama). Nie wiem jak Wy, ale ja tam lubię zaciągnąć się wonią roztaczaną
przez drewniane ołówki i gumki do mazania w porządnym papierniczym, zapachem przekrzykujących się kwiatów i mokrej ziemi w kwiaciarni, nie mówiąc już o aromacie świeżych bułek, razowców i rogali w piekarni. Lubuję się też rozmowy z właścicielami
i ich pracownikami, po drodze z instytucji opiekuńczych mojej progenitury zdarza nam
się odwiedzać znajomych sprzedawców nawet gdy zupełnie nie mamy ochoty na żadne nabytki.

Sklepy02.jpg

“Sklepy” kończą się dwuetapowo: na ostatniej stronie można w witrynę wrysować
swój własny asortyment. Ach, cóż za pole do popisu; coś mi mówi, że dla dzieci
w każdym wieku..

Sklepy01.jpg
Obie opowieści zachęcają do spacerów, do ruszenia w drogę, może nie hej w góry,
lasy, ale w miejskie uliczki i aleje. Dziś, kiedy zakupy można zrobić nie dotykając chodnika podeszwą, taka trasa staje się rarytasem.

W Bullerbyn, o którym nie będziemy w najbliższą niedzielę opowiadać, tuż koło szkoły znajdował się sklep wujka Emila, do którego podczas ferii wielkanocnych Lisę i Annę wysłały mamy. Wujek w dużym słoiku trzymał kwaskowate cukierki, którymi zawsze częstował dzieci. Rozdział “Anna i ja załatwiamy sprawunki” pamiętam najlepiej z całego majstersztyku Astrid Lindgren, jeżeli możecie, zajrzyjcie proszę i przypomnijcie sobie melancholijną nutę pieśni “Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej”.

Chodźmy razem na niezwykłe zakupy, ruszamy przy Lodowej 6, w najbliższą niedzielę
o 11-stej. Kieszonkowe w ogóle niepotrzebne!

Maria

„5 złotych”

koncepcja: Jae-hyuk Cha, Eun-young Choi
ilustracje: Eun-young Choi
Wydawnictwo Dwie Siostry

„Sklepy”

Joanna Guszta
ilustracje: Maciek Blaźniak
Wydawnictwo Ładne Halo

Ilustracje zaczerpnęłyśmy e stron wydawnictw.

 

Sklepy z różnymi światami

Jan Christian Andersen. Calineczka

 

Calineczka. Kiwit, Kiwit!
Kawał doskonałej literatury o dojrzewaniu

Cal to 2,5cm. Narodzona z tulipana Calineczka zatem rzeczywiście wygodnie mieściła
się w wygodnie umoszczonym dla niej przez opiekunkę-matkę, łóżeczku z łupinki orzecha.

Historia narodzin bohaterki jest w zupełności wyjątkowa: oto samotna kobieta idzie
do starej czarownicy, by zapytać ją, skąd ma wziąć kogoś, kogo pragnie najbardziej: maleńkie dziecko. Dostaje nie byle jakie ziarenko, sadzi je w doniczce, a potem patrzy
jak kiełkuje kwiat, który otworzy się dopiero, gdy kobieta go pocałuje. W jego wnętrzu,
na maciupeńkim zielonym słupku (czy też, według innych tłumaczeń – stołeczku) siedzi maleńka dziewczynka.

Dzięki swej przybranej matce Calineczka prowadziła beztroskie, pełnej urody życie: w nocy Calineczka spała wybornie, a w dzień się bawiła na stole. Dobra kobieta postawiła na nim talerz z wodą, otoczony wiankiem kwiatów, których łodyżki były zanurzone w wodzie; listek tulipana zastępował łódkę, dwa pręciki kwiatowe stanowiły wiosła, i Calineczka pływała
sobie po talerzu od jednego brzegu do drugiego. Ślicznie to wyglądało!

(tłum. Cecylia Niewiadomska)

W owo życie ozdoby kobiecego stołu wkrada się wszakże przez rozbitą szybkę ropucha. Zwierzak jest obrzydliwy, na poziomie śmieszności charakterów ludzkich (błyskotliwie
i bardzo atrakcyjnie opisywanych przez Andersena) jest niespełnioną, okropną kobietą, która porywa Calineczkę dla swego syna, jego zaś stać tylko na wydobycie z siebie rechotu:

Kok, koak, breke-ke- keks*

Gaudasińka02
Słysząc rozpaczliwy płacz ślicznego dziecka, z ratunkiem przypływają małe rybki, przegryzają łodyżkę liścia lilii – wyspy skazanej, i Calineczka, z pomocą zachwyconego
nią motyla, odpływa w idylliczną podróż strumykiem. Następuje kolejny gwałtowny zwrot akcji, i kolejne porwanie – tym razem przez chrząszcza, lecz tym razem cierpi jeszcze ktoś inny – przywiązany do masztu łódeczki motyl. Tu dostajemy od Jana Christiana Andersena przypowiastkę o tym, co dla kogo jest ładne, otóż dziewczynka
po raz pierwszy dowiaduje się, że wcale nie jest śliczna – od rodziny i znajomych chrabąszcza, i ten, choć sam jest nią zachwycony, uległszy presji opinii środowiska, odstawia Calineczkę w bezpieczne miejsce na łąkę.

Oto nastaje szczególny czas, motyw rzadko w dawnych bajkach spotykany – bohaterka
pozostaje przez całe lato i jesień sama w lesie, i świetnie sobie radzi. Wyrzucona nie gubi się, plecie z trawy wygodne łóżeczko, które podwiesza pod liściem, sama znajdowała sobie pożywienie, i owa samodzielność bardzo przypadła jej do gustu. Sytuacja zmienia się diametralnie z nadejściem zimy, kiedy to Calineczka znów zdana jest na pomoc
z zewnątrz. Teraz, jednak, już bez lęku, postanawia znaleźć ją sama. Zziębnięta puka
do drzwi bogatej myszy:

Calineczka stanęła we drzwiach jak żebraczek i cieniutkim głosikiem poprosiła o ziarenko
żyta lub jęczmienia, bo od dwóch dni nic nie jadła.

Za pomoc – dach nad głową, wikt i opierunek, płaci swej gospodyni utrzymując jej dom w czystości i opowiadając ciekawe historie. W ciemnych podziemnych korytarzach siedziby myszy dziewczynka tęskni wszak bardzo za słońcem, powietrzem, przestrzenią. Kolejnym kandydatem na męża dla Calineczki jest niezmiernie uczony, bogaty, lecz ślepy Kret, który nie znosi tego, czego nie zna. Pod ziemię trafia jaskółka, co do której kret jest pewien, że zamarzła (wyniośle traktuje wszystkie latające stworzenia). Bohaterka żałuje kojarzącego jej się z pięknem lata wędrownego ptaka, plecie mu dywanik i opatula uschniętymi kwiatkami; pod wpływem ciepła jaskółka się budzi, a wiosną odlatuje przez zrobiony dla niej otwór w ziemi. Calineczka odmawia towarzyszenia jej ze względu
na uczucia myszy.

Choć bohaterka wie, że zaślubiny kreta będą dla niej znaczyły wieczną rozłąkę
ze swobodą świata powyżej, ulega perswazjom myszy i wybiera pewność i dobrobyt. Rozpoczyna niemal żałobne ceremonie pożegnania ze światłem, jej starym światem;
w dzień ślubu o swoim losie opowiada jaskółce. Wdzięczny za ocalenie życia i wypusz-czenie z “lochu” ptak namawia ją do ucieczki, ponieważ tego dnia odlatuje do ciepłych krajów, nikt Calineczki nie znajdzie. Bohaterka zgadza się, sama przywiązuje do grzbietu zwierzęcia, znów zaczyna się pasjonująca, egzotyczna podróż nasycona pięknymi widokami:

Jaskółka przytuliła się do ziemi, dziewczynka weszła na nią i przywiązała się paskiem
do mocniejszych piórek. Potem ptaszek wzleciał w powietrze i płynął ponad lasami,morzami wznosił się ponad góry, wiecznym okryte śniegiem. Tam było zimno, lecz dziewczynka skryła
się pod skrzydełka ptaszka i tylko małą główkę wysunęła, aby widzieć te cuda, jakich pełno
na świecie Bożym. Doleciały na koniec do cieplejszych krajów. Tutaj słońce świeciło jaśniej
i goręcej, niebo było wyższe i dziwnie błękitne, a po rowach i płotach rosły najpiękniejsze zielone i granatowe winogrona. W lasach było pełno cytryn i pomarańcz, w powietrzu zapach kwiatów, prześliczne dzieci biegały po drodze, goniąc się z motylami.

Dziewczynka wybiera za mieszkanie kielich białego kwiatu, który wyrósł wśród odłamków niegdyś wspaniałej marmurowej kolumny. Ku jej zdziwieniu, ma on już lokatora – istotę wreszcie do niej podobną, równie pięknego ducha kwiatu. Zachwycony Calineczką elfi król natychmiast zdejmuje koronę i wręcza ją dziewczynce.

– Ach, czy ja jestem warta?—szepnęła zawstydzona Calineczka.
– Jesteś warta, bo jesteś dobra, śliczne dziecię, inaczej nie pokochałby cię ten ptaszek wielki
i nie przyniósł aż tu na skrzydłach.Kto umiał zdobyć przyjaźń jaskółki, ten godzien zostać królową elfów.

Calineczka jest już gotowa, by zostać królowa kwiatów, jest też u siebie – w końcu sama
z kwiatu się narodziła. Spotyka wielu innych, podobnych sobie rozmiarem, stworzeń, które przyjmują ja taką, jak jest. Ich obecność przysparza bohaterce skrzydeł – odtąd może sama już latać! Staje się Mają, sobą, nie długim na cal dziwadłem. Opowieść znajduje harmonijne, pomyślne zakończenie, co wcale u Jana Christiana Andersena
nie jest tak powszechne. Jaskółka wraca do Danii, do gniazda, które uwiła nad oknem “człowieka, który opowiadał wam tę bajeczkę. Kiwit, Kiwit!”

P.S. Duńska Tommelise była Calinką (H.F. Lewastam, 1859), Calóweczką (Anonim, 1892), Paluszką (Młodnicka, 1892), Malutką (Anonim, 1898), Dziecięciem elfów (Niewiadomska 1899), Calineczką (Rygiel, 1909), Kruszynką (Przemski, 1938), Palusią (Tarnowski 1938)
i Odrobinką (Zechenter 1946).

Tyle tytułem wstępu, teraz zapraszamy do obrazków 🙂

Dziecię Elfów, Hans Christian Andersen
Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej „Nasza Księgarnia”,
Warszawa 1956

Ilustracje: Teresa Tyszkiewiczowa

VLUU L310W L313 M310W / Samsung L310W L313 M310W

Połowa lat 50. XX wieku to czas, który można nazwać momentem „tuż przed wybuchem” polskiej szkoły ilustracji. Już za moment pojawią się artyści, których nierozerwalnie łączymy z tym pojęciem: Józef Wilkoń, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Mirosław Pokora, Maria Uszacka czy Ewa Salamon (artystów było znacznie, znacznie więcej – dotykamy zaledwie wierzchołka góry lodowej). Tymczasem w ilustracji, po okresie socrealizmu, zaczyna dominować nurt malarsko-realistyczny. Lekkie, baśniowe formy, delikatna kreska, duża zdobność, kompozycje bardziej zachowawcze niż ekspery-
mentalne, tak mniej więcej można streścić obraz tego czasu.

W to tło wpisuje się postać niezwykle ciekawej osoby – Teresy Tyszkiewicz, malarki abstrakcji niegeometrycznej, wieloletniej wykładowczyni Łódzkiej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, gdzie założyła i prowadziła Katedrę Druku na Tkaninie. Teresa Tyszkiewicz była również ilustratorką (przez wiele lat współpracowała ze „Świerszczykiem”) i to jej rysunki, a właściwie obrazy, ilustrują „Dziecię Elfów” opublikowane w 1956 r.  Czuć w nich artystyczne zainteresowania artystki, zamiłowanie do form miękkich, malarskich, płynnych.

Ilustracje Tyszkiewiczowej można porównać z obrazami Jana Marcina Szancera (poświęcimy mu osobny artykuł, obiecujemy!), chociażby ze zwiewną Calineczką
o klasycznej formie wpisującą się już w kanon wyobrażeń o andersenowskiej
bohaterce.


Dziecię Elfów, Hans Christian Andersen

Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”, Warszawa
(opieramy się na wydaniu z 1978 r.)
Ilustracje: Olga Siemaszko

Siemaszko001

Olga Siemaszko, warszawska ilustratorka oraz malarka, jest jedną z ikonicznych postaci świata polskiej ilustracji dla dzieci. Przez lata pracowała jako kierownik artystyczny tygodnika „Świerszczyk”, za swoje rysunki zdobyła wiele prestiżowych nagród, w tym
np.: Nagrodę Honorową na I Ogólnopolskiej Wystawie Książki i Ilustracji w 1951 r.
czy Złoty Medal na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Edytorskiej – zdobyła go jako pierwsza polska laureatka nagrody IBBY w 1959 r. W 2000 r. została uhonorowana Medalem Polskiej Sekcji IBBY za Całokształt Twórczości dla Dzieci i Młodzieży.

Olga Siemaszko prezentuje rysunkowy nurt w polskiej ilustracji, skupia się przede wszystkim na kreowaniu scen czy krajobrazów z płaskich plam obwiedzionych silnym konturem, z delikatnym modelunkiem światłocieniowym. Jej kompozycje najczęściej rozgrywają się na jednobarwnym tle mocnego koloru, co dodatkowo  zagęszcza
i spłaszcza plany. Siemaszko, sięgając nierzadko po delikatną groteskę czy zestawienia humorystyczne  stała się mistrzynią przedstawiania świata o nieco surrealistycznym zabarwieniu.  W podobny sposób opowiada historię Calineczki, skupiając się na pro-
wadzeniu mocno zarysowanej linii o miękkim i dekoracyjnym dukcie, co dodaje rysun-
kom dodatkowego smaczku – przypominają one subtelne ornamenty secesyjnych witraży.


Calineczka, Hans Christian Andersen

Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa
(opieramy się na wydaniu z 1983 r.)
Ilustracje: Elżbieta Gaudasińska

Gaudasińska01

Elżbieta Gaudasińska, absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, dyplom obroniła w pracowni malarstwa. W trakcie poszukiwań twórczych akcent jej działalności artystycznej przesunął się na ilustrację i to w tej dziedzinie zapisała się zauważalnie
i znacząco.

Wbrew powszechnej opinii, jaka kiedyś panowała, że ilustracja to coś podrzędnego,
że malarstwo jest czymś wyższym, doszłam do wniosku, że można być również dobrym
malarzem będąc ilustratorem.**

O randze jej twórczości świadczą liczne nagrody (w tym Złote Jabłko na Biennale Ilustracji w Bratysławie w 1985 r. i Medal Polskiej Sekcji IBBY w 2006 r.) oraz fakt, że była bohaterką jednego odcinka w dokumentalnym cyklu filmowym o polskich ilustratorach „Premio Europeo di Letteratura” (Robert Laus, 2009).

Gaudasińska, podobnie jak Siemaszko, kontynuuje nurt rysunkowy, wypracowała jednak swoją własną jego redakcję, kładą akcent przede wszystkim na świat wypeł-
niony dość gęsto przejaskrawionymi postaciami. Bohaterowie jej książek są charakterni
o wyrazistej mimice, żaba nie jest po prostu żabą, a wielką ropuchą o niebezpiecznym rysie. W kontraście postać Calineczki w rozkloszowanej czerwonej sukience z kokardą objawia się delikatnie, choć bynajmniej nie zwiewnie czy czarodziejsko – w interpretacji Gaudasińskiej świat baśni jest mocny w płaskiej plamie rysunku obwiedzionej silnym konturem, nie ma tu głębi czy przestrzeni, raczej ciasne wycinki rzeczywistości o nieco złowieszczej atmosferze. Jej rysunki, z lekka surrealistyczne, dalekie są od infantylizacji Andersenowskiej opowieści, co niestety tak częste bywa obecnie.

Calineczka, Hans Christian Andersen
Seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej
Wydawnictwo Media Rodzina, 2008
Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch

Kucharska-Cybuch01.jpg

Nową wersję „Calineczki” zaproponowało w przywoływanej już serii  „Mistrzowie
Klasyki Dziecięcej” wydawnictwo Media Rodzina. Świat maleńkiej bohaterki wykreowała Aleksandra Kucharska-Cybuch. Ilustratorka przeniosła opowiadanie w krainę szczelnie wypełnioną drobną kreską, której podporządkowane są kształt i kolor. To właśnie
ta kreska, przywołująca szlachetny charakter tradycyjnej odbitki graficznej, kładziona gęsto, jakby w potrzebie wypełnienia każdego wolnego miejsca kompozycji, oddaje
– w nieco inny sposób – „duszność” tej historii. Podobnie jak u Gaudasińskiej,  w tych ilustracjach nie ma lekkości i blasku, a raczej subtelnie ukazany mrok i niebezpie-
czeństwo czające się na postać  Calineczki. Ten niepokój doskonale gra z treścią baśni, po raz kolejny udowodniono, że można stworzyć cenną propozycję dla dzieci, daleką
od pastelu i słodyczy, choć jednocześnie łagodzącą nie zawsze łatwe współcześnie
w odbiorze baśnie duńskiego pisarza.

 

Calineczka, Grzegorz Kasdepke
na podstawie baśni Hansa Christiana Andersena
Wydawnictwo Agora , seria Kolekcja Dziecka, 2005
Ilustracje: Agnieszka Żelewska

Żelewska01

Po raz drugi przywołujemy serię „Kolekcja Dziecka” (Wydawnictwo Agora  2005r.),
tym razem przedstawiając nową artystkę, Agnieszkę Żelewską. Absolwentka Wydziału Malarstwa i Grafiki w Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku, zajmuje się ilustracją dla dzieci, fotografią i projektowaniem zabawek. Współpracuje między innymi z czasopismami „Świerszczyk” i „Dziecko”. Obserwujemy ją od kilku lat kibicując jej poszukiwaniom artystycznym (zwłaszcza w „Cukrowym miasteczku” wyd. Bajka
i „Zaczarowanej zagrodzie” Naszej Księgarni).

W 2005 roku Agnieszka Żelewska zaproponowała kolejną rysunkową redakcję Calineczki. Tym razem jednak nie spotkamy charakternych bohaterów o przerysowanych cechach czy atmosfery jak z surrealistycznego snu. Jest za to kolorowo, baśniowo, trochę
po dziecięcemu. Może nie pastelowo i słodko, ale na pewno w łagodniejszej i w weselszej wersji.

 

Tradycyjnie już opinię zostawiamy Czytelnikowi mając nadzieję, że nasz subiektywny wybór dał trochę inspiracji i zachęcił do podjęcia własnych tropów.

Basia i Maria

* w oryginale koax, koax, brekke-ke- kex!, cytat z komedii Arystofanesa „Żaby”
**  cytat za pl.wikipedia.org

Źródła:

Jan Christian Andersen, Calineczka i inne baśnie, tłum. Cecylia Niewiadomska,
Wyd. Zielona Sowa, 2014;
Bogusława Sochańska, Czy potrzebny był nowy przekład baśni Andersena?,
w: Przekładaniec. A Journal of Translation Studies, 2009, nr. 22-23, str. 97-129;
http://czarownice.com/calineczka-motyw- drogi/

Fotografie zaczerpnęłyśmy z własnego archiwum, stron wydawców oraz portalu Allegro.

 

 

Jan Christian Andersen. Calineczka

Jan Christian Andersen. Brzydkie Kaczątko

 

– Ładny to on nie jest, wygląda właściwie jak jego własne brzydkie kaczątko,
tylko że jego umysł rozwinął się w łabędzia – powiedział o Andersenie dwunastoletni syn poetów Elżbiety i Roberta Browningów.

Pierwowzorem wielu głównych bohaterów był on sam. Dlatego nie traktował swoich bajek jako utworów skierowanych wyłącznie do dzieci:

Moje baśnie przeznaczone są zarówno dla starszych, jak i dla dzieci.
Te ostatnie rozumieją tylko zewnętrzny tok, a ludzie dojrzali
odczuwają ich głębszą treść.

W Danii kochają bajkopisarza za refleksję filozoficzną, czar baśni, poezję i humor.
Udało mu się spłatać nam figla, zaśmiać się z naszych słabostek, czasem złośliwie – twierdzi Bogusława Suchańska, tłumaczka pierwszego wydania „Baśni” tłumaczo-
nego bezpośrednio z języka duńskiego ( Baśnie i opowieści, t. 1-3, Wyd. Media Rodzina, Poznań 2006).

Andersen uważał alegoryczną baśń „Brzydkie kaczątko” za swoją najbardziej szczerą autobiografię. Łabędzie pisklę wykluwa się w kaczym gnieździe i ze względu na swój odmienny wygląd zostaje w okrutny sposób odrzucone. Potrącane, dziobane i kopane musiało znosić kpiny ze swojej zbyt dużej postury, pokracznego na tle kaczek wyglądu. Jako dziecko Andersen zwracał na siebie uwagę wysokim wzrostem, długim nosem, blisko osadzonymi oczami i dużymi stopami. Wspominał o tym w swoich pamiętnikach:

Byłem zawsze zamyślony, podobno jakiś dziwny, zupełnie inny
niż zwykli chłopcy,
a dzieci tego nie lubią. Byłem niezdarny
i nie chciano się ze mną bawić. – Ty Guliwer,
nóg nie pogub
– krzyczały łobuzy, a ja się czerwieniłem i nie wiedziałem
jak te nogi olbrzymie ukryć.

Mały łabędź ucieka i całą srogą zimę tuła się po różnych nieprzyjaznych miejscach, nigdzie nie będąc szczęśliwym. Wreszcie, z nastaniem wiosny prosi napotkane
trzy inne królewskie ptaki, by go zadziobały, jako iż życie zdało się brzydkiemu kaczątku niemożliwym już do zniesienia. Koniec końców, ku wielkiemu zaskoczeniu młodego bohatera, los wynagradza mu wszelkie dotychczasowe cierpienia. To jedna z najbardziej uniwersalnych opowieści duńskiego Króla Baśni, z pewnością warta czytania z dziećmi,
i to nie tylko tymi, które z jakiś przyczyn czują się niedowartościowane. To jest zdaje
się też dramatyczna historia o tolerancji, a raczej jej braku; ponieważ jednoznacznie dobrze się kończy, dzieci mogą bez lęku w pełni w niej uczestniczyć. Godzi się wrócić
do tej baśni.

A możliwości obcowania z tym mądrym tekstem, któremu towarzyszą ilustracje
na równie wysokim poziomie mamy co najmniej kilka. Pozwoliłyśmy sobie zaproponować kilka z nich:

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
(opieramy się na wydaniu z 1986 r.)
Ilustracje: Janusz Grabiański

Grabiański00

Janusz Grabiański reprezentuje nurt czysto malarski w polskiej ilustracji. W toku poszukiwań twórczych ostatecznie wybrał drogę głębokiego koloru, operowania walorem i mocną rozedrganą plamą o ekspresyjnym zabarwieniu. Jego ilustracje – obrazy można śmiało porównać z językiem plastycznym Józefa Wilkonia, choć oby-
dwoje artyści wypracowali odrębny i charakterystyczny tylko dla siebie repertuar form.

Grabiańskiego, ilustratora z Krakowa i następnie Warszawy, kojarzy się przede wszystkim dzięki obrazom do „Elementarza” Mariana Falskiego, wersji opublikowanej
już po śmierci autora tekstu w 1974 roku. W „Brzydkim Kaczątku” Grabiański pokazuje
to, co najlepsze w jego warsztacie malarza – swobodę w nakładaniu plamy koloru, lekkość i subtelność formy, która jednocześnie ma barwę mocną i wyrazistą. Z pewną nonszalancją kreuje świat przyrody, realny, nie odbiegający od rzeczywistości, a jednak nie nudny czy trywialny. Trawy zdają się łagodnie kołysać na wietrze, ptasi puch kusi miękkością, całość stanowi obraz niezwykle sensualny.

„Brzydkie Kaczątko”, Jarosław Mikołajewski
na podstawie baśni Hansa Christiana Andersena
Wydawnictwo Agora , seria Kolekcja Dziecka, 2005
Ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska

W 2005 r. wydawnictwo Agora wydało na świat kolekcję 20 książek o kwadratowym formacie i twardej oprawie. „Kolekcja dziecka”, bo o niej mowa to zbiór klasycznych tytułów, wśród nich  m.in..: „Czerwony Kapturek”, „Kot w butach”, „Calineczka”,
„O rybaku i złotej rybce”, „Lampa Aladyna”, „Kopciuszek”, „Tomcio Paluch”, „Śpiąca królewna”, „Jaś i Małgosia” czy „Królewna Śnieżka”.  Teksty to współczesne literackie wersje oparte na słynnych baśniach, towarzyszą im ilustracje takich artystów jak Pa-
weł Pawlak, Agnieszka Żelewska czy Elżbieta Wasiuczyńska. Publikacja „Kolekcji dziecka” przypadła na czas, o którym mówi się, że to właśnie wtedy nastąpił znaczący zwrot
w sytuacji polskiej ilustracji dla najmłodszych. Oto po latach zamętu, drukowania wielonakładowych serii disneyowsko- banalnie-fatalnych, przyszedł moment skon-
centrowania uwagi na rodzimym zapleczu. W tym czasie powstają wydawnictwa Wytwórnia, Dwie Siostry, Zakamarki czy Czerwony Konik, które już wkrótce zapropo-
nują polskiemu czytelnikowi szerokie spektrum książek o wyjątkowej szacie graficznej.
To między innymi dzięki nim mamy w księgarniach wybitne książki ilustrowane przez artystów polskich i zagranicznych,  takie, których obecność celebrujemy w Domu Bajek.

Elżbieta Wasiuczyńska jest autorką obrazów m.in. do „Brzydkiego kaczątka”. Słowo
obraz zostało użyte celowo, bowiem krakowska artystka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych na wydziale malarstwa i w pracowni książki i typografii, nie rysuje, a przede wszystkim maluje swoje ilustracje. Choć w jej repertuarze znajdują się również kolaże tkaninowe oraz papierowe tworzone z niezwykłym wyczuciem barwy i materiału.

Wasiuczyńska01

Wasiuczyńska operuje przede wszystkim nasyconą, kładziono miękko, czasem prze-
nikającą się plamą koloru. Jej ilustracje wibrują, nawet, gdy wykorzystuje kolor deli-
katny, pastelowy czy rozjaśniony. Artystka sięga po formę realistyczną, która znajduje
się na granicy abstrakcji. Rytm, tętno, muzyka – te słowa przychodzą na myśl, gdy patrzymy
na jej obrazy. Stylistycznie jej prace można umieścić w ciągu poszukiwań malarskich Wilkonia czy Grabiańskiego, przynajmniej ze względu na wybór narzędzi, którymi
się posługuje, choć twórczyni wizerunku Pana Kuleczki wypracowała swój własny, charakterystyczny język plastyczny, a w niuansach barwnych trudno znaleźć kogoś,
kto mógłby jej dorównać.

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Seria: Mistrzowie Klasyki Dziecięcej
Wydawnictwo Media Rodzina, 2008
Ilustracje: Aleksandra Kucharska-Cybuch

Przełom 2008 i 2009 roku to moment pojawienia się następnego rarytasu wydawni-
czego – tym razem Media Rodzina publikuje serię „Mistrzowie Klasyki Dziecięcej”, cykl
o niezwykłej urodzie (warto zaznaczyć, że książkom towarzyszą płyty z audiobookiem, podobnie rozwiązana była wspomniana już „Kolekcja dziecka”). Tym razem na warsztat wzięto 9 tytułów autorstwa Andersena i braci Grimm, które zilustrowali Aleksandra Kucharska-Cybuch, Elżbieta Wasiuczyńska, Ewa Kozyra-Pawlak, Agnieszka Żelewska
i Paweł Pawlak. Warstwę literacką skrócono, dzięki czemu część z książek świetnie nadaje się do głośnego czytania i pracy z grupami przedszkolnymi.

Aleksandra Kucharska-Cybuch, absolwentka Wydziału Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zajmuje się rysunkiem, grafiką, ilustracją dla dzieci i dorosłych oraz scenografią teatralną i właśnie doświadczenie pracy z materią grafiki i  teatru jest mocno zauważalne w jej twórczości. Artystka jest autorką ilustracji m.in. do „Brzydkiego Kaczątka” z opisywanej serii. W charakterystyczny dla siebie sposób oddała niepogodny klimat tej baśni. Bohaterów nie upiększa, a raczej nadaje im nieco surrealistyczno-złośliwą aparycję, podkreślając nadaną im przez Andersena osobowość. W ciasno wypełnionych ilustracjach wnętrz Kucharska-Cybuch daje się poznać jako scenografka – jej ilustracje są drobiazgowo konstruowane, z wielką dbałością o zauważalne detale jak sęki w  drewnie czy ostro zarysowane krople wody. Patrząc na jej obrazy można zanurzyć się w specyficznie zatłoczoną przestrzeń, która ciasno oplata bohaterów.

Krakowska ilustratorka sięga także po wizerunki krajobrazu – jej pejzaże są stono-
wane, ujednolicone kolorystycznie, z charakterystycznym szrafowaniem. To zwrócenie
się ku kresce łączy wszystkie ilustracje, które wyszły spod pióra artystki, a ich nastrój doskonale odzwierciedla atmosferę opowiadania. Jej prace zdecydowanie różnią
się od pogodnych, barwnych obrazów Wasiuczyńskiej, wprowadzają raczej klimat złowieszczy. Decyzję, które z nich lepiej oddają sens przekazu literackiego zostawiamy czytelnikowi.

„Brzydkie Kaczątko”, Hans Christian Andersen
Fundacja Festina Lente, 2013
Ilustracje: Diana Karpowicz

Karpowicz01

Diana Karpowicz to ilustratorka młodego pokolenia, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, dotychczas zauważalna dzięki publikacjom dla wydawnictwa Egmont i Literatura. W jej wydaniu „Brzydkie Kaczątko” zyskuje formę nowoczesną
i nieco filuterną. Ilustracje Karpowicz są przestrzenne, niemal zawieszone w powietrzu, złożone w różnorodnych plam i mocnych konturów – od subtelnie cieniowanych,
przez transparentne, po linearne konstrukcje kształtów. Ta różnorodność sprawia,
że obraz się mieni, jest ciekawy, nowatorski i zdecydowanie bardziej pogodny niż interpretacja Kucharskiej-Cybuch, choć niesie w sobie inną energię niż obrazy Wasiuczyńskiej czy Grabiańskiego. Karpowicz eksperymentuje z formą i szuka najlepszych zestawień. Czasem bohaterowie baśni ukazani są na czystej bieli, która podkreśla przejrzystość i niedopowiedzenie kształtu. Innym razem zapełnia tło po części abstrakcyjną kompozycją skupiając wzrok widza na postaci białego kaczątka –
już za chwilę łabędzia.

Te na poły nierealistyczne kompozycje, rysowane z wdziękiem i lekkością wpisują
się w pewien rys charakterystyczny dla polskiej młodej ilustracji, coraz mocniej docenianej w kraju i zagranicą.

Tekst ten nie wyczerpuje oczywiście wszelkich Kaczątkowych wydań godnych uwagi.
Jest bowiem jeszcze chociażby piękna publikacja Naszej Księgarni z ilustracjami Jerzego Srokowskiego (lata 60. XX w.). Szukając zasobów internetowych znalazłyśmy także piękne grafiki Ewy Salamon z 1972 roku. W latach 50. XX wieku baśnie Andersena zilustrował
Jan Marcin Szancer, któremu na pewno poświęcimy niejeden akapit w kolejnych tekstach.

Tymczasem zachęcamy do poszukiwań we własnym zakresie i dzielenia się z nami Waszymi odkryciami. Bo Andersena z jednej strony dużo na półkach książkowych, jednak pozycje o wysokich walorach artystycznych nadal w mniejszości, a warto
o nie walczyć.

Basia i Maria

Źródła:

http://www.edukacja.podlasie.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=175
http://www.marhan.pl/biblioteka/51-ludzie/2839- ludzie-krol- danii-hans- christian-andersen
http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/990288,Hans-Christian- Andersen-%E2%80%93-krol-bajek
https://www.galeriagrafikiiplakatu.pl/

oraz strony internetowe wydawnictw.

W następnym artykule pochylimy się na „Calineczką”.

 

Jan Christian Andersen. Brzydkie Kaczątko